Cała prawda: Czy warto pojechać Koleją Transsyberyjską?

Kolej Transsyberyjska wnętrze platzkarta

Wokół Kolei Transsyberyjskiej narosło wiele mitów i romantycznych opowieści o pełnej pasji podróży, bogatej w liczne przygody, niesamowite spotkania i sensacje. Wyjeżdżając z Polski karmiłem się opisami rosyjskiego „Dzikiego Wschodu”, rozniecając w sobie oczekiwania. Jak wygląda konfrontacja z rzeczywistością? Jakie to przeżycie przejechać się Koleją Transsyberyjską?

Kolej Transsyberyjska od innych kolei w Rosji różni się przede wszystkim nazwą. Organizacja pociągów, wygląd wagonów itp. jest jednakowa na wszystkich dłuższych trasach. Nasz wcześniejszy przejazd z Petersburga do Moskwy był preludium tego, czego doświadczyliśmy później. Jedyną różnicą była kwestia skali. Trasa Petersburg-Moskwa zajęła nam 8 godzin i 36 minut, a Moskwa-Irkuck, bagatela, 90 godzin i 57 minut.

Kolej Transsyberyjska w teorii

Sam termin Kolei Transsyberyjskiej może być różnie rozumiany. Jest to bowiem nazwa zwyczajowa, używana w stosunku do pociągów, które poruszają się po trzech trasach: Moskwa-Władywostok (od 2011 roku nawet do Phenianu), Moskwa-Pekin (trasa Trans-Mandżurska) i Moskwa-Ułan Bator-Pekin (trasa Trans-Mongolska). Puryści transsibowi twierdzą, że mianem Kolei Transsyberyjskiej można określić jedynie specjalne pociągi, które przemierzają całą trasę bez możliwości przesiadki. Obok numerów, noszą one nazwy zwyczajowe: Vostok i Rossia.

Profil pasażera Transsibu

Kto podróżuje Koleją Transsyberyjską? Zwykli Rosjanie. A obcokrajowcy? Ja nie spotkałem żadnego, ale prawdopodobnie dlatego, że wybraliśmy najtańszą klasę z otwartymi przedziałami, tzw. platzkartę. Zachodni turyści często wybierają czteroosobowe przedziały lub nawet ekskluzywną pierwszą klasę.

Większość Rosjan odwiedza rodzinę, załatwia sprawy urzędowe lub wozi towary na handel. Dla nich przejazd Koleją Transsyberyjską wynika z konieczności, a nie ciekawości, czy (o zgrozo!) przyjemności. Jeżeli mieliby taką możliwość, większość z chęcią zamieniłaby swój bilet na lotniczy. Ten jest jednak droższy i nie wszystkie miasta na trasie transsyberyjskiego szlaku mają pożądane połączenia lotnicze. Poza tym w przypadku kolei, bagaż jest nielimitowany.

W poszukiwaniu straconego czasu

Dlatego niektórzy Rosjanie wolą się zmagać z podróżą, która trwa kilka dni. Czas to niewątpliwie główny czynnik charakteryzujący podróż Koleją Transsyberyjską. Z momentem wejścia do wagonu, wskazówki zegara, wybijającego obiektywnie kolejne godziny, wydają się gubić w rachubie. Cały dotychczasowy rytm dobowy, do którego byłem przyzwyczajony tracił sens. Podróż Koleją Transsyberyjską zawiesza pasażera w próżni.

Zapytaj mnie gdzie jestem. Gdzieś pośrodku Syberii. Być może od Moskwy dzieli mnie już dwa tysiące kilometrów, ale równie dobrze może być to trzy i pół tysiąca. Jakie to ma właściwie znaczenie? Koła pociągu niosą mnie we właściwym kierunku, a licznik kilometrów tyka nieustannie. Ta świadomość mi w zupełności wystarcza. Która jest godzina? Spoglądam przez okno. Zmierzcha. Być może to już ósma wieczorem. Ósma wieczorem? Jakiego czasu? Moskiewskiego, czy lokalnego? W jakiej właściwie strefie czasowej spośród pięciu przemierzanych znajduję się teraz? Czy to pora na sen? Czy dopiero wstałem?

Największy kraj, najdłuższa kolej

Ludzie w pociągu z pokorą przyjmują konieczność oczekiwania na przyjazd. Tutaj nikt się nie spieszy, nie narzeka na nudę, jaka odpowiada powolnemu tempu z jakim sunie pociąg przez Syberię. Być może nie pozwala na to majestat jaki kryje się za nazwą Kolei Transsyberyjskiej, najdłuższej linii kolejowej na świecie. A być może chodzi o szacunek dla odległości, która charakteryzuje Rosję, największy kraj, łączący w swoich granicach Europę z Pacyfikiem.

Kuszetki w Kolei Transsyberyjskiej

Typowy widok w Transsibie. Piwko i w kimkę, jak to mówią starzy górale.

Cztery długie dni podróży pociągiem na odcinku Moskwa-Irkuck wystarczyły mi w zupełności, by poznać smak Kolei Transsyberyjskiej. Kolejne byłyby już niepotrzebną uciążliwością. Dlaczego?

Co na to Sasza i Natasza?

Nie udało mi się przejść poza poziom wzajemnych uprzejmości i zdawkowych rozmów z Rosjanami, których poznaliśmy w Kolei. To głównie wina bariery językowej. Bez dobrej znajomości języka rosyjskiego, mogłem jedynie wymienić parę zdań na proste tematy.

Wieczny spoczynek w kuszetce

Pozostała mi więc jedynie radość obserwacji. Po stronie korytarza miałem okazję śledzić życie starszej kobiety, której nadałem pseudonim Wieczny Spoczynek. Pani owa biła wszelkie rekordy długości snu, niezależnie od warunków panujących w wagonie. Jak przypuszczałem przygotowywała się w ten sposób do wiecznego spoczęcia na katafalku. Wieczny Spoczynek była wyjątkowo prostą kobietą. Jej możliwości konwersacji ograniczały się do maleńkiego świata, w którym zwykła żyć na co dzień.

Pewnego razu udało jej się nawiązać rozmowę z naszą sąsiadką. Ta wracała właśnie z podróży po Europie, więc pełna wrażeń opowiadała o zachodnich cudach, które widziała na własne oczy. Bawiły mnie te rozmowy, ponieważ Wieczny Spoczynek odwdzięczała się swoimi doświadczeniami, które nijak nie przystawały do opisów naszej sąsiadki.

Na wieść o przepięknej architekturze Paryża, Wieczny Spoczynek potakiwała energicznie, trzęsąc obfitymi policzkami. Twierdziła, że była raz na Białorusi i wie jak to przepięknie jest na Zachodzie. Na wieść o rozległych, zadbanych i zautomatyzowanych gospodarstwach w Niemczech, które miała okazję odwiedzić sąsiadka, Wieczny Spoczynek kontrowała opowieścią, o tym jak bogate są plony w jej rodzimej wiosce. Kobiety mówiły tymi samymi słowami o dwóch zupełnie odmiennych światach: wschodniej, nieco zaściankowej Rosji i zachodniej Europy.

Apacz Chrapacz Posapywacz

Ponad Wiecznym Spoczynkiem spoczywał nasz najmniej lubiany sąsiad, Chrapacz. Jego przydomek nie pozostawia wątpliwości, dlaczego doświadczył z naszej strony ostracyzmu. Chrapacz z wyglądu przypominał potężnego drwala o kwadratowej, nalanej twarzy, pooranej licznymi zmarszczkami. Codziennie rano i wieczorem dokonywał niesamowitej ekwilibrystyki, próbując zejść lub wdrapać się na swoje posłanie. Tym wysiłkom nieustannie towarzyszyło głębokie posapywanie Chrapacza i skrzypienie wnętrzności wagonu, które starał się wykorzystać do przerzucenia swojej tuszy.

Zmęczony tym jedynym wysiłkiem w ciągu dnia, padał bezwiednie w swoich szarych spodniach od garnituru i brunatnym, tłustym podkoszulku na swój materac. Nie mijało nawet pięć minut jak w całym wagonie rozlegało się potężne chrapanie, za które było odpowiedzialny, nie kto inny, jak nasz wspaniały Chrapacz. Z każdym jego oddechem, z każdym świstem zasysanego przezeń powietrza, sklepienie wagonu uginało się niebezpiecznie ku nieświadomym zagrożenia pasażerom, by zaraz unieść się z powrotem przy akompaniamencie chrapu, który głośnością może być porównany jedynie z hukiem silnika odrzutowego rakiety bohatera Gagarina.

Sen jak z kart powieści

Z racji tego, że nie dysponowałem umiejętnościami Wiecznego Spoczynku, zasypiającej twardo nawet w południe, kiedy w wagonie trwa radosna krzątanina, chrapanie Chrapacza i jego naśladowców nieustannie pozbawiało mnie drogocennego snu. Przygnieciony laptopem, w zimnej poświacie spływającej na moją twarz z ekranu, z karkiem zdrętwiałym od przyjętej pozycji bobsleisty w mojej kuszetce, wodziłem sennie wzrokiem po pozostałych posłaniach.

Jedno z nich skrywało najprawdziwszą Lolitę. Jeżeli przypomnisz sobie sceny z kart powieści Nabokova, to taki obraz głównej bohaterki ukazał mi się przed oczyma pośród obskurnych wnętrz wagonów trzeciej klasy Kolei Transsyberyjskiej. Nieustannie poprawiała swoje długie blond włosy, niedbale splecione w kucyk z kosmykami, które odmawiały posłuszeństwa, niesfornie opadając ku jej drobnym ustom. Z wypiekami na twarzy czytała kolorowe gazety, wymachując w powietrzu nogami. Tymi samymi, które odsłaniała w krótkich szortach i które czasami zwieńczone były kolorowymi podkolanówkami, a czasami tylko jedną skarpetką, bo druga zapodziała się gdzieś w skołtunionej pościeli.

Lolita nie pasowała do tego pociągu, pełnego starych, strudzonych ludzi w wygniecionych dresach i przepoconych piżamach. Patrząc na nią widziałem jednak jak naturalnym dla niej środowiskiem jest Transsib. Kiedy ja gniotłem kark się w ciasnocie górnego łóżka, nie próbując znaleźć w miarę znośną pozycję, ona zdawała się odpoczywać jak na hamaku rozłożonym między jabłoniami w ogrodzie. Kiedy ja wracałem zdegustowany po zimnym pseudo prysznicu z łazienki, ona rozczesywała ze śmiechem swoje świeżo umyte włosy, przerzucając językiem kulkę lizaka z wnętrza jednego policzka, do drugiego.

Prowadzenie się prowadnic

Oczywiście Lolita nie była jedyną dziewczyną w Kolei Transsyberyjskiej. Prowadnice zasługują też na osobną wzmiankę. W naszym wagonie były to dwie młode Rosjanki, z czego jedna, przesadnie szczupła, z widocznymi bliznami po trądziku, wyglądała na nie więcej niż 19 lat. Mimo wieku, mundur nadawał im powagę i niepodważalną rangę dowódców wagonu. Pozwalały sobie zatem na ton rozkazujący, prosząc o zrobienie miejsca dla brudnej szczotki, którą sprzątały podłogę. Równie stanowczo upominały pasażerów o zakazie picia alkoholu, rozstrzygały drobne spory etc. Tę oficjalną maskę prezentowały w trakcie całego dnia. Jednak nocą, kiedy wszyscy pasażerowie już spali, za wyjątkiem tych, którym się to nie udawało z powodu Chrapacza, prowadnice pozwalały sobie na odrobinę luzu.

Kolej Transsyberyjska samowar

Podstawowe wyposażenie wagonu kolei dalekobieżnej w Rosji. Bez samowaru wszyscy byśmy zginęli. On jest wiecznym ogniem, o który dbają Westalki, rosyjskie prowadnice.

Po zmroku polowałem zwykle na wolne gniazdka elektryczne. Deficyt takowych dawał się mocno we znaki każdemu pasażerowi. Nieustannie widać było czatujących Rosjan na podłączenie się do prądu. Zdarzały się nawet wyścigi przez wagon, by ubiec tylko konkurencję i dorwać się do gniazdka jak najszybciej. By uniknąć tej niezdrowej rywalizacji, korzystałem z osłony ciemności i ładowałem komórkę w nocy. Magiczne źródło prądu zlokalizowane było przy samowarze, pulsującym sercu i wiecznym ogniu naszego domu na żelaznych kołach. Naprzeciwko dwóch gniazdek, przeznaczonych dla pasażerów, były drzwi do pomieszczenia prowadnic. Te uchylały się niekiedy z powodu wieczornych gości.

Do tych należeli młodzi Rosjanie—zarówno pasażerowie jak i personel. Wypachnieni tanimi perfumami, prezentowali gołe torsy, a za jedyne odzienie służyły im obowiązkowe spodnie dresowe, zwieńczone sportowym klapkiem. W takim to stroju reprezentacyjnym przychodzili z zawadiackim uśmiechem, błyskiem w oku pod okienko prowadnic, kryjąc za plecami puszki ciepłego piwa. Skrępowane lekko moją obecnością prowadnice obawiały się utraty swojego autorytetu, kiedy mundur wisiał bezwiednie za ich plecami, a chłopcy tłoczyli się u wejścia do ich prywatnej komnaty.

Postoje w Kolei Transsyberyjskiej

Życie w Kolei Transsyberyjskiej urozmaicały postoje. Dłuższe, trwające kilkadziesiąt minut pozwalały na wyjście z pociągu i zaczerpnięcie świeżego powietrza. Wszystkie były atrakcją, jarmarkiem w miniaturze.

Stacje Kolei Transsyberyjskiej, dworzec

Handel kwitnie. Kup pan misia dla dzieciaka. Albo dwa. I dla siostrzeńca weź pan też, bo przecież tanio.

Setki pasażerów wylęgały z cuchnących wagonów w swoich dresach i piżamach, by móc szybko zakupić kolejną paczkę chińskich makaronów, chleb, czy napoje. Mi osobiście brakowało szczególnie owoców i warzyw. Można było dostać jedynie mizerne jabłka i wysuszone pomarańcze. Gotowe zaś obiady kupowane u babuszek składały się wyłącznie z mięsa, ziemniaków i… chleba, który schowany pod kołderką potrawy wypychał wnętrze plastikowego naczynia. Dzięki kromkom chleba, kupowane danie wydawało się większe niż w rzeczywistości. Taki to patent wymyśliły obrotne, syberyjskie babuszki.

Niech żyje kapitalizm

Każdy postój był dobrą okazją do handlu. Na peronach pojawiali się sprzedawcy z jedzeniem, zabawkami, gazetami i ubraniami. Kiedy targi dobiegały końca i pociąg ruszał, zaczynała się druga tura zakupów. Nowi pasażerowie z żyłką do biznesu, przebiegali przez wszystkie wagony, oferując pospiesznie swoje dobra. Na tę przyjemność czekała zwykle nasza pani Wieczny Spoczynek, która lubiła przebierać asortyment handlarzy, dając im nadzieję na zarobek. Zawsze jednak ostatecznie rezygnowała z zakupu. Ot, był to dla niej sposób na dodatkową rozrywkę.

Po obfitych łowach wnętrza wagonów zmieniały swoje oblicza. Pasażerowie zakładali nowe ubrania, ogromne pluszaki zwisały z łóżek, a wszyscy pałaszowali zdobyczne przysmaki typu instant. W trakcie takiego przeobrażenia nagle pociąg zaczął gwałtownie hamować. Chwila poruszenia wśród pasażerów. Zaraz nasza sąsiadka ze śmiechem wyjaśnia nam, że ktoś nie zdążył wsiąść do pociągu na postoju. Specjalnie dla jednego gapowicza zatrzymali lokomotywę. Nie spodziewałem się takiego rodzaju empatii ze strony obsługi pociągu. A jednak!

Przystanek Kolei Transsyberyjskiej

My tu gadu-gadu, a pociąg już odjeżdża! Trzeba się streszczać z zakupami. Nasz najdłuższy postój trwał 40 minut. Większość jest zdecydowanie krótsza.

Higiena w Kolei Transsyberyjskiej

W nieregularnym rytmie postojów upływał mi czas w Kolei. Przecinało go codziennie jedno ważne wydarzenie związane z nadejściem zmierzchu—formowanie kolejki do rytualnej ablucji. Kolejka do toalety była nieodłącznym widokiem na korytarzu wieczorem. Wszyscy marzyliśmy wtedy o kojącym szumie bulgoczącej, gorącej wody, wpadającej do wanny pełnej puszystej i pachnącej piany. I mogliśmy tylko pomarzyć.

Łazienki w pociągu nie różnią się specjalnie od łazienek, do których przyzwyczaiło nas rodzime PKP. Jedyną innowacją w stosunku do taboru znanego mi z Polski, był odpływ w podłodze i dodatkowe zabezpieczenie przed nadmiernym zużyciem wody. Co to oznacza w praktyce? Zimne pseudo kąpiele wodą czerpaną z mikroskopijnej umywalki. Umycie w tych warunkach długich włosów graniczy z cudem, a prysznic jest luksusem tych co bardziej zdesperowanych. Do tych ostatnich należałem ja, skutecznie blokując kolejkę na parędziesiąt minut. Zimna woda to nic w porównaniu do presji tłumu czekającego za drzwiami.

Sztukę mycia w umywalce utrudniało niesamowicie wspomniane zabezpieczenie przed nadmiernym zużyciem wody. W miejsce tradycyjnych kurków zamontowany był niewielki przycisk, który należało trzymać wciśniętym, żeby woda leciała z kranu. Puszczenie go równało się z błyskawicznym zamknięciem zaworu. W praktyce myć się trzeba jedną ręką. Żaden problem? Spróbuj jedną ręką otworzyć żel do mycia albo spłukać szampon!

Między prawdą a mitem

Tak właśnie wygląda cała prawda o Kolei Transsyberyjskiej. Gdzie podziały się wino, kobiety i śpiew? O tym niedługo w następnym wpisie z cyklu między prawdą i mitem.

To co, chcesz się wybrać w podróż Koleją Transsyberyjską, czy wolisz zostać w domu?

Autor
Artur

Zamiast biurowców szklanych, mieszkania na kredyt i wersalki z Ikei wybrałem podróż w nieznane. Tak trafiłem do Chin. Po prostu spaliłem mapy i poszedłem przed siebie. Czasami wiatr smaga po oczach, przynajmniej czuję, że żyję.

Czytaj dalej ›

Czytaj dalej
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarze
  • T
    2 lat(a) temu

    Dzieki ogromne za jakze szczery, barwny i (chcac, nie chcac) zabawny opis tej szalonej podrozy!

  • Marcin
    Mies. temu

    No i sie zastanawiam czy jechac czy nie… Opowiadajac znajomym mowia „wowwww” ale jak sie pytam czy jada ze mna to mowia „zwariowales”… no i tak samemu troche kiepsko.

    W jakim terminie byles ? Dla mnie idealnie bylo by w maju ale czytam ze niezbyt to termin, ze pelno komarow itp.
    Moj plan zawiera podroz do Irkucka, jeden-dwa dni na Bajkal i dalej Wladywostok lub inny kierunek. Powrot samolotem.

    • Artur
      Mies. temu

      Byłem jesienią. To dobry termin na podróż, nadal w miarę ciepło, krajobraz nie jest tak monotonny jak zimną, więcej widać, no i cały czas możesz spędzić postoje na świeżym powietrzu. Wiosna też powinna być ok. Komary będą tak, czy owak ;) Przemyśl, czy nie lepiej zostać nad Bajkałem dłużej (o ile lubisz treking, naturę). We Władywostoku szczerze mówiąc nie ma co robić. 1-2 dni wystarczą, żeby zobaczyć co bardziej oczywiste atrakcje. Można się stamtąd wybrać w podróż autem i wtedy jest już ciekawiej, ale potrzebujesz na to trochę więcej czasu i pieniędzy. Albo do Chin. Albo z Irkucka do Mongolii. Taka sugestia, jeżeli nie znasz nikogo we Władywostoku, kto mógłby Ci pokazać miejsca spoza przewodnika. Wtedy więcej egzotyki zobaczysz w Mongolii albo przekraczając granicę z Chinami.

  • Buba
    6 dni temu

    Hm, przedstawiłeś trochę przerażający obraz Transsibu. Ja byłam w Rosji w okresie lipiec-sierpień 2016r. Po kilkudniowym pobycie w Moskwie wyruszyliśmy Transsibem do Irkucka. Jechaliśmy pociągiem relacji Moskwa-Pekin, gdzie były wyłącznie wagony „kupiejne”. Czyściutko, milutko, toalety pachnące, sprzątane kilka razy dziennie, wyposażone we wszystko co potrzebne: mydło w płynie, papier toaletowy, ciepłą wodę, papierowe ręczniki, jednorazowe nakładki na sedes itp. Towarzystwo międzynarodowe, dużo Niemców, kilka starszych Angielek, sporo Rosjan, no i my, wprost rozrywani towarzysko, ze względu na dobrą znajomość zarówno rosyjskiego jak i angielskiego. Podróż trwała 3,5 doby, postoje co kilka/kilkanaście godzin, chyba każdy po 30 min. Nudy totalne więc wszyscy używali dużych ilości napojów alkoholowych, które trzeba było nabywać w sklepach poza dworcem bo na dworcach nie sprzedają. Rozwinięta była zatem szlachetna, międzynarodowa rywalizacja – kto pierwszy zlokalizuje i dopadnie sklep monopolowy. Wstyd się przyznać ale zazwyczaj wygrywały starsze panie z Niemiec. Prowadnice nie czepiały się chociaż co noc była impreza ze śpiewami, wyciem i wrzaskami w różnych językach. Ogólnie- taką podróż da się przeżyć. Bilet kosztował ok 14 tys rubli i został kupiony w Moskwie miesiąc przed wyjazdem. W dniu wyjazdu pytaliśmy w kasach na dworcu o bilety na ten pociąg to były wysprzedane na 2 tyg do przodu. Żeby się dosiąść po drodze to raczej marne szanse bo przed Irkuckiem nikt z pociągu nie wysiadł.
    Z Irkucka do Ułan-Ude w Buriacji i z powrotem jechaliśmy „plackartnym”. I tu był horror. Bilety kupowaliśmy z dnia na dzień więc udało nam się dostać tylko górne półki. W nocy to nie ma znaczenia ale w dzień to koszmar. Wszyscy z dolnych półek przez cały czas leżą na swoich posłaniach lub siedzą w rozgrzebanej pościeli więc ci z górnych też muszą leżeć bo nie ma gdzie usiąść. Ewentualnie mogą sobie postać. Z górnej półki nawet nie można przez okno powyglądać ,a szkoda, bo tory biegną niezwykle malowniczą trasą, samym brzegiem Bajkału. Poza tym tłok, toalety faktycznie podobne do tych w „kupiejnym” co do formy ale śmierdzące i znacznie gorzej wyposażone. Całe szczęście, że cała ta część podróży trwała tylko kilka godzin. Ogólnie, bardzo polecam taką podróż. Ta część Azji jest niesamowita, ludzie fantastyczni, kuchnia regionalna znakomita, dość tanio i generalnie żadnych problemów z rezerwacją noclegów, zamówieniem taksówki, przejazdami w dowolne miejsca itp. Aha, i nad Bajkałem o tej porze roku nie było ANI JEDNEGO komara ani żadnej muszki.

    • Artur
      5 dni temu

      Dzięki za wyczerpujący i wartościowy komentarz. Cieszę się, że podróż Wam się udała. Do zobaczenia może gdzieś na szlaku! :)