Propaganda TVP vs propaganda TVN-u: Raport o polskich mediach

Wbrew tytułowi wcale nie zamierzam poświęcać Waszego czasu na małostkowe analizy, gdzie skuteczniej piorą nam mózgi — w TVP, czy w TVN. Wysmażyłem za to wpis o propagandzie w (polskich) mediach — jak z nią walczyć i czy w ogóle się da. I bardziej poetycko — o tym, czy na podstawie cieni, które padają na ścianę jaskini, jesteśmy w stanie dociec prawdy o tych, którzy je nam rzucają.

Smoleńsk a propaganda

Pamiętacie Małysza? Wystarczyło, że nasz skoczek zajął trzy razy pod rząd miejsce na podium, aby Polska błyskawicznie zyskała 38 milionów ekspertów w dziedzinie skoków narciarskich. Podobnie stało się po katastrofie w Smoleńsku. Nagle każdy Polak zdawał się być dyplomowanym śledczym i pilotem odrzutowców. W efekcie Polska podzieliła się na tych, którzy wierzą w oficjalną wersję o wypadku i tych, którzy w nią nie wierzą.

Tylko, czy to powinno być kwestią wiary? Czy nie zasługujemy na to, żeby takie rzeczy po prostu wiedzieć?

Propaganda i stado baranów

Przedmiot propagandy ustrzelony w Kashgarze (Xinjiang, Chiny).

Zróbmy mały eksperyment. Wybierz kogoś nad kim chciałbyś poznęcać się psychicznie. Tak, Wacek będzie idealny. Teraz przywołaj Wacka i zadaj mu pytania wg. następującego schematu. Nie zdziw się jak Wacek odmówi odpowiedzi i przestanie być Twoim znajomym, bo „taki mamy klimat”.

Ty: To jak, był ten zamach w Smoleńsku, czy nie?
Wacek: Oczywiście, że tak/nie.
Ty: Skąd ta pewność?
Wacek: Bo X i Y.
Ty: Skąd to wiesz?
Wacek: Tak mówili w Q i pisali w Z.
Ty: Skąd wiesz, że informacje od Q i Z są wiarygodne?
Wacek: Bo są na podstawie oficjalnego raportu W.
Ty: A który z raportów na temat katastrofy czytałeś, żeby to zweryfikować?
Wacek: Przeczytałem cały raport W.
Ty: (konsternacja) Serio? Ok. Czy myślisz, że V, które sporządziło raport W jest całkowicie niezależne w tej sprawie?
Wacek: Nie, ale…
Ty: Czyli przyznajesz, że raport W może być stronniczy. To jak możesz być pewien, że to (nie) był zamach?
Wacek: No komuś trzeba ufać, nie?

I tak doszliśmy do sedna — mimo tego ogromu (dez)informacji, mimo lat, które upłynęły od czasu katastrofy, nadal nie mamy żadnej pewności co do faktycznej wersji zdarzeń. Innymi słowy cały swój osąd opieramy na wierze, a nie na faktach.

Jak dotrzeć do faktów?

Jakiś czas temu znajomy polecił mi Krótki film o prawdzie i fałszu autorstwa Darka Hoffmanna. Obejrzałem i Wam też polecam. Darek odwalił kawał świetnej roboty i zebrał różne techniki, które jego zdaniem pozwalają skutecznie odróżnić informację prawdziwą od fałszywej. Daleki byłbym jednak od tezy, że to panaceum na każde kłamstwo.

Krótki film o prawdzie i fałszu. Pouczająca lektura dla początkujących.

Odróżnić prawdę od fałszu

Weźmy jakiś przykład. Ilu faktycznie było ludzi na marszu KOD-u? Załóżmy, że TVN twierdzi, że było milion pięćset, TVP mówi, że było trzech i pół. Komu wierzyć?

Ocena źródła

Zgodnie z tym, co Darek zaprezentował na filmie, musiałbym wpierw ocenić źródło tej informacji. Duże gazety, portale i stacje telewizyjne są wg niego całkiem wiarygodne. Co z tego skoro mamy rozbieżność informacji? Ktoś tu musi przecież kłamać…

Ocena języka

Musimy zajrzeć pod maskę. Analizujemy język wiadomości.

Sukces! Marsz KOD-u przyciągnął aż milion pięćset uczestników.
—TVN

Organizatorzy zawiedzeni niską frekwencją marszu.
—TVP

Gołym okiem widać, że ktoś próbuje nami manipulować albo w jedną albo w drugą stronę. Co dalej?

Alternatywne źródła

Zgodnie z wytycznymi z filmu, szukamy lepszego źródła. Kto jeszcze może wiedzieć ilu faktycznie było uczestników marszu?

Może sam KOD? Hm… tak, ci z pewnością będą obiektywni w tej sprawie. To może Polska Agencja Prasowa? Sprawdzamy. Niestety, PAP to instytucja rządowa, podlega mniej więcej takim samym naciskom jak TVP i jest równie (nie)wiarygodna. Co nam pozostaje?

Pan Ziutek

Zapytać pana Ziutka, co mieszka na krakowskim rynku i widział na własne oczy. Ziutek wie, że przyszło sześćdziesięciu chłopa, postali, pokrzyczeli i rozeszli się do domu. Ot afera!

I tak dochodzimy do sedna problemu:

  1. Jak znaleźć pana Ziutka za każdym razem kiedy jest potrzebny? Innymi słowy, czy jest jakiś skuteczny sposób na znalezienie wiarygodnego informacji?
  2. Jak realne jest, że będziemy w ogóle poszukiwali pana Ziutka, biorąc pod uwagę jak dużo czasu musimy na to poświęcić?
Deformacja rzeczywistości w mediach

Świat widziany przez pryzmat mainstreamowych mediów.

Dlaczego propaganda działa?

Propaganda działa, bo wszyscy jesteśmy zabiegani. Jesteśmy zaszczuci pracą i innymi obowiązkami. Nie mamy czasu na kompleksowe analizy informacji. Nie mamy czasu na szukanie pana Ziutka. Chłoniemy te media, które lubimy. A lubimy te, które przedstawiają ten obraz rzeczywistości, który jest zgodny z naszymi przekonaniami. I te same media uznajemy za rzetelne, niezależnie od tego, czy publikują prawdę, czy też kłamią jak z nut.

Na tym polega magia propagandy.

Nawet jak jakieś medialne kłamstwo wychodzi na jaw, to po tygodniu nikt już o nim nie pamięta. Podobnie jak nikt nie pamięta o obietnicach wyborczych polityków. Z resztą, czy ktoś słyszał o polityku pociągniętym do odpowiedzialności za niespełnione obietnice wyborcze? Albo o telewizji, która miała sprawę w sądzie za rozpuszczoną plotkę? To dopiero byłoby coś!

Jak produkuje się wiadomości?

Produkcja to właściwe słowo w odniesieniu dzisiejszych wiadomości. Lata kiedy dziennikarze sami polowali na temat na pierwszą stronę już dawno minęły. Dziś siedzą en masse w biurowych boksach i oglądają świat przez szyby swojego wieżowca. Tematy same do nich przychodzą, więc po co się męczyć?

Praca dziennikarza

Dzisiejsze wiadomości to w znakomitej większości przedruki.

To kreatywne kopie tego, co napisały światowe dzienniki, agencje prasowe i działy PR różnych firm i instytucji. Co więcej, wraz z nadejściem Internetu tempo publikacji zwiększyło się kilkukrotnie, a etatów w mediach nie przybyło. Dziś dziennikarz nie ma czasu szukać źródeł i sprawdzać ich pod kątem wiarygodności. Nikt go też z tego nie rozlicza. Chłop ma deadline na wczoraj i jedyne o czym myśli, to żeby został mu jeszcze jakiś skrawek weekendu, żeby się upić ze znajomymi.

Dlatego dzisiaj dziennikarz idzie po najmniejszej linii oporu i przepisuje wypowiedzi swoich kolegów z działów PR-u. Kolegów, którzy dostają trzykrotnie wyższą pensję od niego, ale stoją po drugiej stronie barykady — zamiast poszukiwaniem prawdy, zajmują się jej ukrywaniem.

Control Room — Perils of War Reporting. Genialny dokument, który pokazuje jak pracują wojenni korespondenci mainstreamowych mediów. W skrócie polega to na tym, że siedzisz w klimatyzowanym obozie i słuchasz tego, co wojskowi PR-owcy przygotowali na dziś.

Kto produkuje nasze wiadomości?

Zawsze byłem ciekaw kim są ci ludzie, którzy produkują nasze wiadomości. Rok temu wreszcie udało mi się tę ciekawość zaspokoić. Poszukiwałem wtedy copywritera do pomocy przy blogu i dałem ogłoszenie w internecie.

Jakaś połowa CV, które dostałem była od młodocianych dziennikarzy — tych którzy klepią wiadomości na naszych największych internetowych portalach. Przeglądając na ich mizerne aplikacje od razu stało się dla mnie jasne dlaczego te wiadomości, które czytam w internecie prezentują tak niski poziom. To po prostu masówka, którą ktoś musi wyprodukować. I tak się składa, że produkują ją losowo wybrani ćwierćinteligenci.

Dziennikarstwo i propaganda w Chinach

Są dziennikarze i „dziennikarze”. Tutaj nasza koleżanka została złapana przez młodocianą „dziennikarkę” w Chinach. Wszystkie pytania jakie zadała były w stylu: „Czy uważasz, że życie w Chinach jest rozwijające i poszerza twoje horyzonty?”. Ot kolejna mistrzyni tendencyjnych pytań zamkniętych…

Autocenzura

Dziennikarze to ci sami ludzie chwytają się brzytwy, żeby zarobić 1500 zł brutto za swoją pracę. Jeżeli ją stracą, to kto jeszcze ich zatrudni? Nie będą więc nadstawiali karku za newsa, który wydaje im się ważny i powinien trafić do druku. Decyzję o tym i tak podejmują redaktorzy. Aż do naczelnego, który kontroluje proces publikacji tak, żeby trzymał się w ramach agendy wyznaczonej przez udziałowców albo rząd (zależy do kogo dane media należą).

Oficjalnie nie ma żadnej cenzury. Nie ma, bo nie jest potrzebna. Wystarczy, że każdy dziennikarz wie podskórnie jakich tematów powinien unikać, jakich słów oczekuje się od niego na dany temat i jakiego tonu powinien się trzymać… jeżeli nie chce stracić etatu.

Mediastan, film Wikileaks to najlepszy obraz o dziennikarstwie jaki możesz dzisiaj obejrzeć. Dobitnie pokazuje gdzie kończy się wolność słowa, a gdzie zaczyna się cenzura.

Cały Mediastan do obejrzenia na Amazonie za jakieś 10 złociszy. Nie zawiedziesz się.

Dezinformacja — nowe dziecko propagandy

Ta siermiężna propaganda, którą pamiętamy z komunistycznych plakatów to już pieśń przeszłości. Dziś króluje dezinformacja. Zamiast przekonywać nas z uporem maniaka, że czarne jest białe, media serwują nam tysiąc różnych komunikatów, które podważają nawet istnienie bieli.

Propaganda w Chinach

Granica chińsko-pakistańska, Karakoram Highway. Przykład siermiężnej propagandy w Chinach. Tam przynajmniej nikt nie ma żadnych wątpliwości, że media są cenzurowane.

Smoleńsk a dezinformacja

Wróćmy do Smoleńska, bo to ważny i jaskrawy przykład. Jak wyglądała dezinformacja w tym przypadku?

Od samego początku media serwowały nam sprzeczne informacje. Wpierw dowiedzieliśmy się, że samolot zatoczył cztery kręgi przed zejściem do lądowania, a potem okazało się, że jedynie dwa. Podobnie było z danymi na temat wysokości lotu, pogodą, czasem zdarzeń itd.

W rezultacie czuliśmy się bezradni wobec tego chaosu informacji. Nie potrafiliśmy racjonalnie wytłumaczyć sobie co jest grane, bo nie było żadnych faktów na których moglibyśmy się oprzeć, uznać za niepodważalne i całkowicie wiarygodne. W rezultacie szybko mieliśmy dosyć i część z nas przestała śledzić informacje na temat katastrofy i dalszego śledztwa.

Potem media rzuciły nam pod nos plotki o kłótni w kokpicie, o pijanym generale i o wymuszonym lądowaniu. Fałszywy trop i kontrowersyjny temat, który zajął gawiedź i odwrócił uwagę od innych okoliczności zdarzenia.

Dalej dostaliśmy bitwę o krzyż, która nijak miała się do tematu, ale media błyskawicznie rozdmuchały tę iskrę, żeby rozpalić w nas ogień wzajemnej nienawiści. Zabieg okazał się skuteczny i płomienie objęły całą Polskę. Skłóceni rzuciliśmy się sobie do gardeł zamiast razem dociekać co faktycznie się stało nad smoleńskim lasem.

Na tym etapie mało kto jeszcze miał jeszcze siły słuchać czegokolwiek na temat Smoleńska. Media zwyciężyły, zagłuszając naszą czujność oraz zdrowy rozsądek.

W końcu otrzymaliśmy oficjalne raporty: rządowy, który twierdził, że rząd nic nie zawinił i rosyjski, który twierdził, że Rosjanie też nic nie zawinili. Na scenę wkroczył Macierewicz ze swoim raportem, ale mainstreamowe media ostro pracowały, żeby sportretować go jako idiotę i szaleńca. W rezultacie nikt go nie słuchał, niezależnie od tego, czy to, co mówił miało sens, czy też nie.

Techniki manipulacji

Zamiast morału — krótkie podsumowanie użytych technik manipulacji:

  1. Publikacja sprzecznych informacji,
  2. Podejmowanie tematów zastępczych,
  3. Rozpuszczanie plotek,
  4. Sztuczne inicjowanie konfliktu,
  5. Podważanie wiarygodności kluczowych aktorów.

A to tylko parę z tych, które zapamiętałem…

Ciemność, widzę ciemność

Tak właśnie wygląda nasz oświecony wiek XXI. Wiemy już tak dużo, że w rezultacie nie wiemy nic. Jesteśmy biernymi widzami zdarzeń, których prawdziwości nawet nie jestesmy w stanie ocenić.

Prawda jak oliwa

W najlepszym wypadku poznajemy prawdę po latach. Długich latach, bo najważniejsze materiały z klauzulą „ściśle tajne” mogą czekać na odtajnienie w rządowych archiwach nawet 55 lat.

Zdumiewające, że dopiero w październiku tego roku (2017) CIA udostępni ostatnie dokumenty, dotyczące śledztwa w sprawie zabójstwie Kennedy’ego, a było to w 1963 roku. Cokolwiek jest w tych dokumentach, dziś będzie obiektem zainteresowania jedynie dla historyków, a nie obywateli, których wstrząsnęło to zabójstwo. Tych samych, którzy kiedyś na Kennedy’ego głosowali.

Na naszym podwórku oliwa wypływa na wierzch równie późno. Jaskrawy przykład to książka SB a Lech Wałęsa, która została opublikowana dopiero 19 lat po słynnych obradach Okrągłego Stołu. Dlaczego czekaliśmy na nią tak długo? (Konia z rzędem temu, kto znajdzie ją w księgarni.)

Szalony jak Lepper

Pamiętacie jeszcze Leppera i Afganów produkujących bakterie wąglika w Klewkach?

Mainstreamowe media przedstawiły nam Leppera jako szaleńca pokroju Macierewicza, który ni stąd ni zowąd targnął się na swoje życie. I tak to łyknęliśmy. Jedynie Maria Wiernikowska, była dziennikarka TVP odważyła się pójść dalej tym tropem i zobaczyć ile jest prawdy w tych wszystkich lepperowych rewelacjach. O tym, czego się dowiedziała i co ją za to spotkało możecie dowiedzieć się w jej dokumencie. Dokumencie—pułkowniku, bo odleżał na półce w archiwum TVP parę ładnych lat zanim wreszcie został wyemitowany.

Zwariowałam autorstwa Marii Wiernikowskiej. Jakie informacje Lepper zabrał ze sobą do grobu? Obejrzyj, a też zwariujesz.

Propaganda w TVP a propaganda TVN

Patrząc z tej perspektywy propaganda TVN-u i propaganda TVP to dwie strony tego samego medalu. Jedyne co ich różni, to cel, a nie środki. TVN jest wierny swoim udziałowcom i reklamodawcom, a TVP aktualnemu rządowi. A gdzie w tym równaniu miejsce dla nas, odbiorców tej informacji? Mamy po prostu bezrefleksyjnie chłonąć. Jedną albo drugą opcję. Co kto lubi.

Propaganda w mediach a porcelana

Próżno szukać w chińskich muzeach czegokolwiek na temat Rewolucji Kulturalnej. My jednak znaleźliśmy jedno ze zbiorem porcelany z tego okresu: talerzy, misek, waz i rzeźb. Dlaczego porcelana? Bo ludzie codziennie, trzy razy dziennie, patrzyli na swoje miski. Dzisiejsze media wyewoluowały z tej samej idei.

Panie, jak żyć?

Chciałem na koniec zostawić jakieś słowa otuchy i nadziei. Coś w stylu „5 skutecznych kroków, żeby na zawsze pozbyć się propagandy”, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Bo i nie ma żadnego magicznego sposobu. Bez zmiany całego systemu w jakim funkcjonują (i są finansowane) media, jedyne co nam pozostaje, to uzbroić się w zdrowy sceptycyzm i namawiać innych do tego samego.

Mój przepis na zdrowy sceptycyzm

Wyrzuć telewizor

Prawda jest taka, że chłoniemy medialną papkę bezrefleksyjnie, żeby zyskać fałszywe poczucie kontroli nad tym, co się dzieje wokół nas. Czujemy, że jak odstawimy wiadomości, to będziemy zagubieni i niedoinformowani. Czy tak jest faktycznie?

Żyję już parę ładnych lat bez telewizora. Gazet nie kupuję i nie zaglądam na portale informacyjne. Wbrew pozorom jakoś żyję. Zyskuję w ten sposób czas, który inwestuję w inny sposób: podróż, dobrą książkę, czy jakiś dokument (np. Vpro). I wcale nie czuję się niedoinformowany. Może dlatego, że jak dzieje się coś naprawdę ważnego, coś wymagającego mojej uwagi, to i tak dowiaduję się o tym z innych źródeł.

Alternatywne źródła informacji

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że anglojęzycznych materiałów w sieci jest dużo więcej i często są wyższej jakości niż polskie.

Po angielsku nagle człowiek odkrywa, że najważniejszym newsem dnia wcale nie jest to, co polityk A powiedział do polityka B w naszym sejmie, ale na przykład że w Berlinie są masowe protesty przeciwko TTIP.

Trzeba być przy tym wyczulonym na pewne niuanse takie jak do kogo należy dane medium. Dla przykładu Al Jazeera produkuje naprawdę dobre reportaże (vide seria People and Power), ale trudno spodziewać się po tej stacji obiektywizmu w sprawie Izraela.

Poza tym subskrybuję blogi wolnomyślicieli takich jak Transatlantycki, który trafnie dekoduje wydarzenia na (nie tylko) polskiej scenie politycznej.

Dwie strony konfliktu

Jeżeli mam na to czas, to szukam polemiki na dany temat, żeby porównać dwie strony konfliktu.

Dla przykładu, parę dni temu obejrzałem Smoleńsk Krauzego. Mimo, że większość faktów zaprezentowanych w filmie znałem wcześniej z innych źródeł, to po seansie sprawdziłem co gawiedź napisała o tym dziele w internecie.

Spodziewałem się artykułów z listą potknięć, nieścisłości i przeinaczeń, ale nic z tego. Po dziesiątkach idiotycznych recenzji, na które się natknąłem, a których autorzy na wstępie zarzekali się, że nie biorą pod uwagę politycznego aspektu filmu, a potem dawali upust swoim najgorszym instynktom, krytykując drewnianą grę aktorską (prawda, ale co to ma do rzeczy?) i (sic!) nudną fabułę, dotarłem do jednego, jedynego artykułu z krytyczną analizą przedstawionych wydarzeń.

Jaki z tego morał? Jeżeli znalazłem tylko jeden taki artykuł, znaczy to, że scenariusz filmu był całkiem wierny rzeczywistości. W przeciwnym wypadku znalazłbym setkę podobnych.

Film Smoleńsk

Jeżeli jeszcze nie widziałeś:

Autor
Artur

Zamiast biurowców szklanych, mieszkania na kredyt i wersalki z Ikei wybrałem podróż w nieznane. Tak trafiłem do Chin. Po prostu spaliłem mapy i poszedłem przed siebie. Czasami wiatr smaga po oczach, przynajmniej czuję, że żyję.

Czytaj dalej ›

Czytaj dalej
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarze
  • paramido
    5 mies. temu

    Świetny post. Osobiście jestem przerażony poziomem mediów, a jeszcze bardziej podziałem w społeczeństwie.

    Do Twojej analizy dodałbym jedną kwestię – stadność odbiorców. Tym bardziej, że Polacy mają dziwną i wyjątkową manierę ‚plucia na samych siebie’. Polacy są gupi, cebulaki, złodzieje, brudasy, rasiści i nacjonaliści – „wszyscy tylko nie ja i mnie lajkujący”. Często piszą i share’ują takie informacje osoby wykształcone, podróżujące, uważające się za światłe i tolerancyjne. Epatują tym wśród swoich zagranicznych znajomych, myśląc że budują tym swój wyimaginowany wizerunek wyjątkowej jednostki…
    Media pomagają ludziom łączyć się w stada, które słyszą już tylko siebie samych, pobudzają emocje, szczególnie te negatywne i najlepiej samymi tylko nagłówkami.

    • Artur
      5 mies. temu

      Cóż, niestety to prawda. Sporo winy siedzi w nas samych. Potem media i wykorzystywane przez nie elity wykorzystują nasze negatywne emocje, żeby budować sztucznie konflikty i efekty wykorzystywać do swoich celów.

  • rekkoon
    2 mies. temu

    Teoretycznie bardzo wyważony felieton, analizujący i przedstawiający dwie strony „tego samego medalu”. Jednak muszę nieśmiało zaprotestować. Jeżeli mamy do czynienia z dwoma równorzędnymi teoriami to oczywiście można mówić o propagandzie jednej lub drugiej strony. I warto wówczas poznać fakty przemawiające za i przeciw. Jeżeli jednak z jednej strony mamy doświadczonych ekspertów (oficjalny raport) a z drugiej polityków bawiących się w policjantów i złodziei (Macierewicz i jego grupa szukająca na siłę potwierdzenia którejś ze swoich niezliczonych już teorii) to sprawa jest jasna – musimy zaufać ekspertom z komisji Laska. W przeciwnym wypadku stracimy jakikolwiek punkt zaczepienia i zaczniemy kwestionować dosłownie wszystko – byle uczniak z podstawówki może stwierdzić, że pod Grunwaldem walczyliśmy przeciwko Litwinom ramię w ramię z Krzyżakami a my, jako rodzice, kierowani jakimś ekstremalnym sceptycyzmem i brakiem elementarnej wiedzy, będziemy walczyć z nauczycielami i historykami, bo MOŻE jednak nasze dziecko niesprawiedliwie dostało jedynkę z historii i może to właśnie ten Jasiu, z którego się wszyscy śmieją, ma rację.

    Owszem, może się zdarzyć niekiedy, że jakiś Jasiu będzie miał rację – ale jednostkowy przypadek występujący raz na milion, przedstawiany jako „dowód” że nie zawsze wszystko jest „oczywiste”, jest co najmniej naciągany. Ok – Lepper miał rację (powiedzmy) co do Klewek (przynajmniej w jakiejś części). Czy to znaczy, że od tej pory będziemy kwestionować wszystko? Zaufamy Macierewiczowi i jego pseudo-ekspertom bez doświadczenia wyrzucając przez okno zdrowy rozsądek (i wszystkich specjalistów, bo przecież teraz moda jest na podważanie autorytetów), bo raz na milion zdarzyć się może coś niesamowicie nieprawdopodobnego? Czy może jednak wygra zdrowy rozsądek a sytuacje „przedziwne” będą nas nadal zaskakiwać raz na parę lat (czyli z częstotliwością odpowiednią do ich rzeczywistego występowania)?

    Mogę samemu badać fakty i nie pozwolić ogłupić się jednej czy drugiej stronie – ale nie w przypadku Smoleńska. Tu mam wybór mniej więcej taki, jakbym się pytał o skomplikowane obliczenia matematyczne profesora uniwersytetu i ucznia 5 klasy SP. Wiadomo, że zaufam profesorowi uniwersytetu. W przeciwnym wypadku oznaczałoby to, że nie jestem na tyle wykształcony aby funkcjonować w społeczeństwie, ponieważ nie mam wyrobionej umiejętności oceny wiarygodności źródła. Odrzucanie informacji niesamowitych i filtrowanie informacji pod kątem ich prawdopodobieństwa to podstawowa umiejętność, jaką powinni posiadać ludzie intenligentni. Oczywiście – nie bójmy się kwestionować dogmatów, przełamujmy stereotypy, kłóćmy sie nawet o sprawy podstawowe – ale nadal w rozsądnym zakresie.

    I jeszcze jedno – podpis pod zdjęciem z chińską dziennikarką:
    „(…) Wszystkie pytania jakie zadała były w stylu: >>Czy uważasz, że życie w Chinach jest rozwijające i poszerza twoje horyzonty?<<. Ot kolejna mistrzyni tendencyjnych pytań zamkniętych…"

    Jako, że nie ma w zasadzie głupich pytań (są co najwyżej tendencyjne) a jak najbardziej możliwe są głupie odpowiedzi, należy raczej zwrócić uwagę na to, w jaki sposób szkolić ludzi, żeby potrafili sobie poradzić z tego typu pytaniami (które bardzo często są nam zadawane). Odrobina asertywności, analizy, wygaszenie emocji i włączenie logiki – i już możemy odpowiedzieć szczerze nawet na najbardziej tendencyjne pytanie. Co by się stało, gdyby osoba, której zadano takie pytanie, odpowiedziała po prostu "nie, nie uważam"? Albo gdyby dyplomatycznie odpowiedziała "życie w każdym kraju może być rozwijające i Chiny nie stanowią tu żadnego wyjątkowego przypadku"? Ot taka mała uwaga.

    Jedyne co tak naprawdę widzę w tym artykule, to nieco inny sposób wybielania propagandy TVP. Otóż zamiast usilnie pisać, że TVP nie stosuje żadnej propagandy i jest "jedyną słuszną stacją", autor próbuje bronić propagandy metodą "a u Was Murzynów biją". Czy TVP stosuje różne tricki? Pewnie tak, każdy stosuje. Ale wyobraźmy sobie sytuację, że mówię do kogoś: "masz dziurę w spodniach". Osoba ta odpowiada mi "a ty masz aż dwie". Ok, super – tylko czy to cokolwiek zmienia jeżeli chodzi o stan spodni z jedną dziurą? Czy ona magicznie znika? Nie, to tylko odwrócenie uwagi, w żadnym wypadku nie zmieniające rzeczywistości.

    "Jaki z tego morał? Jeżeli znalazłem tylko jeden taki artykuł, znaczy to, że scenariusz filmu był całkiem wierny rzeczywistości. W przeciwnym wypadku znalazłbym setkę podobnych."

    Tutaj z kolei autor tekstu wyciąga bardzo dziwny wniosek. Tylko w oparciu o brak setek rzetelnych recenzji niezbyt udanego filmu, autor tego tekstu, tyle piszący o propagandzie, automatycznie wysnuwa wniosek, że musi to mieć związek z prawdziwością tez zawartych w filmie. Na tej samej zasadzie można by było dopasować tezę do odmiennej sytuacji – setka krytycznych opinii byłaby dowodem na to, że film naprawdę "zaszedł za skórę" przedstawiając "niewygodne fakty", więc cały sztab ludzi usilnie próbuje przekrzyczeć zawarte w filmie tezy. A może, skoro już uczymy ludzi krytycyzmu, należałoby wysnuć wniosek najprostszy z możliwych – że film nie był widocznie wart pogłębionej analizy i mało kto chciał się nim zajmować? Przecież film nie przedstawiał nic ponad to, co ludzie od wybuchów i sztucznych mgieł przedstawiali wcześniej wielokrotnie. Po co więc za każdym razem odbijać te same argumenty? Można się kłócić z oszołomami ale nikt jeszcze z nimi w dyskusji nie wygrał.

    • Artur
      6 dni temu

      Dzięki za obszerny komentarz.

      Powinniśmy kwestionować to, co dyktuje nam logika i zdrowy rozsądek. Według mnie nie ma innych granic.

      W tym celu możemy opierać się na opinii autorytetów, ale po pierwsze oni również mogą się mylić, a po drugie ważny jest kontekst w jakim ich wypowiedzi są osadzone oraz ich niezależność. W przypadku komisji smoleńskich problem polega na tym, że obie bronią czyiś interesów i nie są w 100% wiarygodne. Jak więc dojść do prawdy? Poprzez analizę poszczególnych faktów i różnic w obu wersjach, a nie poprzez bezkrytyczną wiarę w nieomylność (a raczej obiektywizm) zaangażowanych autorytetów.

      Jak pisałem już w odpowiedzi na komentarz Joaino co do zarzutu hipokryzji w związku z oceną prawdziwości tez zawartych w filmie Smoleńsk — nie twierdzę, że to uniwersalny sposób, czy nawet najlepszy do oceny prawdziwości, ale w tym konkretnym przypadku uważam, że jest wystarczający. Dlaczego? Bo Smoleńsk był tak silnie krytykowany od momentu rozpoczęcia prac, że te środowiska, które były mu przeciwne wykorzystałyby wszystkie możliwości, żeby zniszczyć ten film w opinii publicznej. Wszelkie drobne nieścisłości, błędy logiczne, pominięte fakty itp. — to wszystko zostałoby bardzo szybko użyte jako argument, że ten film jest stekiem bzdur.

      Jeżeli tak się nie stało, to o czym to świadczy?

      Na podobnej zasadzie wiarygodne są według mnie rewelacje zawarte w książce „Niebezpieczne Związki Bronisława Komorowskiego” Sumlińskiego. Jeżeli chociaż część z zawartych tam informacji dyskredytujących Komorowskiego byłaby nieprawdą, to Komorowski wytoczyłby mu proces o zniesławienie, wygrał, uzyskał odszkodowanie i jeszcze przywróciłby swoje dobre imię, być może wygrywając przy okazji wybory. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Komorowski mógł się kierować innymi motywami i nie chciał dementować tej książki, bo nie lubi zapachu sal sądowych albo darzy Sumlińskiego serdeczną sympatią.

  • Joaino
    6 dni temu

    „dotarłem do jednego, jedynego artykułu z krytyczną analizą przedstawionych wydarzeń.
    Jaki z tego morał? Jeżeli znalazłem tylko jeden taki artykuł, znaczy to, że scenariusz filmu był całkiem wierny rzeczywistości. W przeciwnym wypadku znalazłbym setkę podobnych.”
    Hihi…nie kwestionuje twojej oceny rzeczowosci analizy ‚Smolenska’, bo Cie nie znam. Jednakowoz autorytarne stwierdzenie, ze taki artykul powstal tylko jeden, i ze jest to dowod na jego wiernosc rzeczywistosci (abstrahujac od prawdziwych informacji na ten temat), nosza znamiona pospolitych bledow myslenia.
    Mam nadzieje, ze to tylko blad, a nie celowa propaganda, bo polubilem twoj blog oraz dlatego, ze czyta go sporo osob, ktore Cie podziwiaja, stad latwiej Ci przekonac te osoby do twojego ogladu swiata.
    I jeszcze jedno. Ja tez zyje bez telewizora i nie ogladam zadnych produkcji finansowanych przez zadne partie ani rzady. Jesli interesujesz sie mediami to wiesz, ze ten kto placi, wymaga. Czemu Ty ogladales Smolensk? Takie „produkcje” zaburzaja krytyczny oglad swiata, oparty na zdrowym rozsadku i zblizaniu sie do prawdy szukajac pana Ziutka.
    Pozdrawiam z podrozy, powodzenia i dziekuje za wpisy z podrozy

    • Artur
      6 dni temu

      Dzięki za komentarz.

      Odnośnie mojej oceny filmu i przeczytanych recenzji — starałem sie dotrzeć do krytycznych opinii, takich które podważyłyby przedstawione w filmie zdarzenia, wytknęły błędy logiczne, czy wskazały inne pominięcia, bądź nieścisłości. Prócz jednego wątpliwej jakości artykułu nie znalazłem nic takiego. Według mnie było to wystarczającym dowodem prawdziwości przedstawionych zdarzeń. Dlaczego? Ponieważ wśród tych, którzy twierdzą, że śledztwo w sprawie katastrofy przebiegło bez uchybień, są tacy, którzy zrobiliby wszystko, by stłamsić sprzeczne opinie. Gdyby „Smoleńsk” zawierał błędy, dowiedzielibyśmy się od nich od razu z pierwszych stron gazet. Jeżeli natomiast panowała cisza, to znaczy, że nie było do czego się przyczepić i można było jedynie film obrzucić błotem przy pomocy opinii różnej maści „autorytetów”. Jeżeli uważasz, że taka analiza nie ma sensu, nie zamierzam Cię do niej przekonywać. Mnie wydała się wystarczająca, bo jak wspomniałem w tekście naszym (i moim również) problemem jest brak czasu na pełne analizy i musimy posiłkować się jakąś heurystyką by nie zwariować.

      Dlaczego oglądałem „Smoleńsk”? Bo zewsząd otaczały mnie głównie opinie z drugiej strony barykady, mówiące, że wszystko jest ok, że sprawa jest już dawno zamknięta, a ci, którzy doszukują się nieprawidłowiści w śledztwie, to oszołomy. Znałem tym samym wersję oficjalną, ale nie dotarłem do żadnej alternatywnej rekonstrukcji zdarzeń. Nie miałem czasu na to, żeby przedzierać się przez tysiące artykułów na ten temat w prasie. Film załatwił mi to 1,5 godziny. Moim zdaniem nie chodzi o to, żeby zamykać się na daną informację (vide po prostu nie oglądać telewizji), ale przede wszystkim być krytycznym wobec jej przekazu. I w tym kontekście polecam obejrzenie „Smoleńska” każdemu. Potem zawsze możesz ocenić samemu, czy film ma dla Ciebie jakąś wartość, czy nie.

      Również pozdrawiam, tym razem z Poznania :)