Rejestracja pobytu w Rosji - szybko i (bez)boleśnie

Rosja biurokracja

Dni spędzone na rosyjskiej ziemi mijały niepostrzeżenie i beztrosko. Zerknąłem w kalendarz. Otworzyłem paszport z rosyjską wizą. Tak, bez wątpienia to nasz siódmy dzień po przekroczeniu granicy. Ostatni dzień, kiedy zgodnie z rosyjskim prawem mogliśmy dokonać rejestracji.

Czym jest rejestracja?

Obowiązkiem nałożonym na obcokrajowca, żeby wiedzieć gdzie się na terenie Federacji Rosyjskiej podziewa, kogo odwiedza i w jakim celu. Musisz zameldować się najpóźniej siódmego dnia po przekroczeniu granicy, chyba że Twój pobyt w Rosji jest krótszy niż wspomniane siedem dni. Teoretycznie prawo wymaga od turysty, by meldował się w każdej odwiedzanej miejscowości, jeżeli pozostaje w niej dłużej niż trzy dni. W praktyce nie warto sobie tym zawracać głowy. Dlaczego? Czytaj dalej.

Jak dokonać rejestracji w Rosji?

Jeżeli planujesz nocleg w hotelu w Rosji, to bardzo możliwe, że obsługa sama wykona za Ciebie całą procedurę meldunkową nieodpłatnie. Mowa o większości hoteli trzy- i więcej gwiazdkowych. Jeżeli planujesz korzystać z tańszych noclegów (pensjonaty, hostele etc.), to prawdopodobnie będziesz musiał dokonać rejestracji na własną rękę. Niekiedy zdarza się, że hostele oferują odpłatną usługę rejestracji. Jeszcze przed wyjazdem warto zapytać obsługę hotelu o możliwość rejestracji.

Sieć nakazów i zakazów w Rosji. Jak się w nich poruszać, by nie zwariować?

Sieć nakazów i zakazów w Rosji. Jak się w nich poruszać, by nie zwariować?

Samodzielna rejestracja obcokrajowca

A co jeżeli planujesz zatrzymać się u znajomych lub skorzystać z couch-surfingu w Rosji? Istnieje możliwość samodzielnej rejestracji w urzędzie imigracyjnym za pośrednictwem poczty.

Jak tego dokonać? Musisz wybrać się ze swoim hostem do urzędu pocztowego i poprosić o odpowiedni formularz. Do całej procedury potrzebujesz własny paszport i swojego hosta, kartę imigracyjną, którą wypełniłeś na granicy, ok. 200 RUB i dużą dozę cierpliwości.

Nasze doświadczenia

Z naszą couch-surfingową znajomą z Moskwy, Anną, udaliśmy się do gmachu głównej poczty w Moskwie, znajdującej się niedaleko stacji Kitay-gorod. Wewnątrz przetarliśmy oczy ze zdumienia. Czy to naprawdę jest najważniejsza placówka rosyjskiej poczty?

Pożółkłe kafelki z ubiegłego wieku przypominały zaniedbany szpital. Obowiązkowy we wszystkich urzędach strażnik z nudów zaczął obgryzać paznokcie. Cztery kobiety niespiesznie krzątały się za szklanym akwarium, udając, że wykonują niecierpiące zwłoki obowiązki. Tylko jedna zajmowała się obsługą klientów. W tle kilku mężczyzn zmagało się z owijaniem papierem olbrzymich paczek. Gdzieniegdzie porozrzucane były formularze pocztowe, zwykłe śmieci, worki z przesyłkami. Taki obraz nie zwiastował szybkiego załatwienia sprawy. Ustawiliśmy się w kolejce do okienka.

Gdy doczekaliśmy się wreszcie swojej kolei i łaskawego mruknięcia kobiety zza szyby, otrzymaliśmy informację, że wybraliśmy niewłaściwe okienko. W kolejnym wskazanym odczekaliśmy kolejne parędziesiąt minut na powrót innej kobiety na stanowisko, wypełniającej w tle czas rozmową z koleżanką i leniwym wypełnianiem biurokratycznych świstków. Ta odesłała nas do drugiego budynku. Możesz zgadywać co powiedzieli w trzecim okienku, do którego zawitaliśmy. Oczywiście odesłali nas do pierwszego. I tak w prosty sposób bawili się pracownicy poczty, pozbywając się natrętów zwanych tutaj petentami.

Ostatecznie przydusiliśmy tłustą babę, zerkającą na nas spode łba, żeby podała nam swoimi obfitymi, serdelkowatymi palcami odpowiedni formularz rejestracji. Magicznym sposobem znalazł się takowy. Oczywiście zaraz wyrosły przed nami kolejne schody.

To jest ostatni. Proszę sobie skserować po dwie kopie dwustronnie i mi go zaraz oddać.

Główna poczta w Moskwie. Jeden, jedyny, pożółkły formularz z wyblakłymi, ledwo widocznymi literami. To zabrzmiało jak żart. Udaliśmy się więc w poszukiwaniu ksera do kolejnego budynku, aby kobieta mogła zająć się tępym patrzeniem w sufit. Nawet tak banalna rzecz jak ksero, nie działała jak należy. Straciliśmy mnóstwo czasu i pieniędzy 10 rubli/ A4) na zrobienie kopii, na których ledwo widoczny tusz, mówił, że to jeszcze nie koniec przygód z rosyjską pocztą.

Sam formularz jest niemożliwy do wypełnienia przez Rosjanina, nie mówiąc o obcokrajowcu. Potrzebna jest stała asysta pracownika poczty. Zawiłość opisów, pól i objętość formularza nie pozostawia wątpliwości, że projektant tego biurokratycznego majstersztyku miał sadystyczne skłonności.

Dziesiątki wykonanych kser, tyleż samo poprawek i jakąś godzinę później, dowiedzieliśmy się, że konieczne są także nasze karty imigracyjne, które zostawiliśmy u Anny w domu. Na nic nie zdały się argumenty, że wszystkie niezbędne dane są w paszporcie, a numer tego małego świstka może ktoś nam przedyktować telefonicznie. Nie—potrzeba najprawdziwszego, najoryginalniejszego świstka i nie ma innego sposobu na załatwienie tej sprawy inaczej.

Zacząłem się zastanawiać, czy warto tracić kolejne godziny na podróż na drugi kraniec Moskwy w tym celu. Lisek proponował cicho pozbyć się kobiety z palcami jak serdelki, a ciało wysłać do urzędu imigracyjnego z serdecznymi pozdrowieniami. Mi samemu przeszła myśl o przekupstwie. Ostatecznie, ponieważ był to nasz ostatni dzień w Moskwie, zdecydowaliśmy się na powrót do mieszkania Anny, robiąc po drodze zapasy żywności na…podróż Koleją Transsyberyjską.

Umówiliśmy się z Anną na poczcie dwie godziny przed odjazdem naszego pociągu do Irkucka. Dotarliśmy tam nieco spóźnieni, przygarbieni pod ciężarem naszych potężnych pakunków. Wyciągnęliśmy z promiennym uśmiechem wymagany dokument. Nowa urzędniczka przyjrzała się raz jeszcze wszystkim kserom, dokumentom, zbadała podejrzliwym wzrokiem nasze zatroskane facjaty.

Pani adres został wpisany w niewłaściwym polu. Proszę wypełnić formularz raz jeszcze.

Równie dobrze mogła wskazać, że Anna wpisała zły numer swojego buta. W praktyce musieliśmy wykonać całą pracę od nowa. Każdorazowo wypełniać, kserować, sprawdzać dokumenty, stojąc w kolejce równie niecierpliwych Rosjan.

W tle przygrywała nam międzynarodówka, którą puszczała z telefonu szalona staruszka. Ta sama wygrażała urzędnikom, że zrobi tu wreszcie porządek. W duchu poparłem anarchistyczne zapędy staruszki. W ramach buntu wyszarpnęła kabel od naszego ksera, kopnęła krzesło i wyszła trzaskając drzwiami. Poprosiłem Magdę, żeby mnie uszczypnęła. Ten surrealistyczny koszmar naprawdę rozgrywał się na naszych oczach.

Wszyscy nerwowo zerkaliśmy na zegar zawieszony ponad urzędniczym akwarium. Potrzebowaliśmy minimum 25 minut na dotarcie na dworzec. Rosyjskie pociągi w odróżnieniu od naszego PKP, nie zwykły się spóźniać. Mijały cenne minuty, a my zadawaliśmy sobie pytanie: czy jeszcze zdążymy? Być może rzucić to wszystko w diabły i biec do metra?

Ostatnie błagalne spojrzenie rzucane przez szybę do urzędniczki. Chwyta pieczątkę. Czy to oznacza koniec? Tak! Płacimy i ruszamy biegiem razem z Anną do stacji metra. Zostało nam 20 minut do odjazdu! Z trudem łapiemy dech, lecąc na złamanie karku po ruchomych schodach z dwudziestokilogramowymi plecakami…

Dalszy ciąg tej historii już niedługo.

Czy warto się rejestrować

Czy rejestracja jest warta zachodu? W wielu źródłach można przeczytać, że urzędnicy na granicy wymagają dokumentu potwierdzającego rejestrację. W przypadku jego braku żądają kary pieniężnej, która często trafia do ich własnej kieszeni. Ta może wynieść nawet 2000 RUB rubli.

W naszym przypadku, przekraczając granicę rosyjsko-mongolską w Nauszkach, nikt nie sprawdzał naszej rejestracji. Nasze doświadczenia potwierdzają inni napotkani turyści, podróżujący tą samą drogą. Dlatego dziś mądrzejsi o nasze doświadczenia, na pewno nie tracilibyśmy niemal całego dnia na załatwienie rejestracji tylko dlatego, że oficjalnie jest wymagana. Wybór jednak należy do Ciebie.

Rosyjska biurokracja

Historia z pocztą pokazała nam jednak, że bogate ulice rosyjskich miast, to fasada skrywająca nadal starą, biurokratyczną machinę, obracającą się z dużą bezwładnością. Więcej na ten temat? Przeczytaj, czy Lenin w Rosji jest wiecznie żywy?

Rejestrowałeś się w Rosji? Jakie są Twoje doświadczenia? Napisz w komentarzu.

Autor
Artur

Zamiast biurowców szklanych, mieszkania na kredyt i wersalki z Ikei wybrałem podróż w nieznane. Tak trafiłem do Chin. Po prostu spaliłem mapy i poszedłem przed siebie. Czasami wiatr smaga po oczach, przynajmniej czuję, że żyję.

Czytaj dalej ›

Czytaj dalej
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarze