Koniec życia w Chinach? 4 lata zmagań i 12 powodów by stąd uciec

Po 4 latach życia w Chinach mówimy: basta! To koniec. Już postanowione. Dla tych, którzy marzą o wyjeździe do Państwa Środka — 12 powodów, dla których lepiej zostać w domu (albo na Tajwanie).

Lista od najmniejszego () do największego stopnia wkurzenia ( ).

1. Kupą, mości panowie!

Życie w Chinach - tłumy

Znajdź pandę na obrazku.

Wyobraź sobie, że wybrałeś się na wspinaczkę. Po całym dniu dreptania, masz wreszcie szczyt na wyciągnięcie ręki. Jeszcze parę kroków i zobaczysz zapierający dech w piersiach krajobraz roztaczający się z góry. Myślisz o nocy spędzonej pod gwiazdami i o gorących nudlach, które będziesz siorbał w upojnej ciszy. Stawiasz ostatni krok i już wiesz jak bardzo się myliłeś.

Bo oni dotarli przed Tobą. I dotarli setkami.

Życie w Chinach to życie pod dyktando tłumów. To zabawa w chowanego z milionami Zhangów i Mingów. Zabawa, w której zawsze byłem na straconej pozycji i która po jakimś czasie przestała mnie bawić.

Jeżeli planuję zakupy, podróż, czy nawet zwykłe wyjście do restauracji, pierwsze pytanie jakie sobie zadaję to: jak ominąć tłumy? A potem idą kolejne: Jak uniknąć stania półtorej godziny w korku? A co jak będzie kolejka do restauracji? Czy opłaca się stać godzinę? Może w ogóle zrezygnować z kolacji? W końcu jaka to przyjemność siedzieć w knajpie, w której muszę przekrzykiwać kakofonię mlaskania i brzęku porcelany?

Ktoś może powiedzieć, że takie rzeczy trzeba odpowiednio planować. A ja na to owszem — najlepiej sześć miesięcy do przodu.

Odkąd mieszkam w Chinach, słowo „spontaniczność” straciło dla mnie rację bytu. Ostatni raz kiedy zrobiłem coś spontanicznie, straciłem 1500 CNY na odwiedziny Rezerwatu Pandy Wielkiej w Yan’an w weekend, kiedy stosunek pand do Chińczyków wyniosił 1:100000. Ekstremalne przeżycia były w cenie, ale gdzie te pandy?

2. Jak Chińczyk nam makiem zasiał

Życie w Chinach - hałas

Gdzie człowiek nie pójdzie — warkot budowy. Na zdjęciu rozpierdzielają zabytkowe centrum Dege w tybetańskiej części Syczuanu. W zamian powstanie tu kolejny chiński, bezduszny kurort.

Gdyby ktoś mi parę lat temu powiedział, że będzie mi brakowało ciszy w Chinach, to bym uznał go za wariata. Może będzie mi brakowało czarnego chleba i kabanosa, ale ciszy? A jednak.

Są takie dni, kiedy byłbym w stanie słono zapłacić, żeby tylko wyłączyć hałas wokół mnie.

Pal licho jazgot na deptaku i harmider w knajpie, bo można unikać tych miejsc. To, czego znieść nie mogę, to hałas we własnym domu.

Mieszkamy w centrum Xiamen już ładne trzy lata. Mamy przytulne mieszkanie wielkości łupiny z orzecha, ale za to z genialnym widokiem na morze z 15. piętra. Odkąd się wprowadziliśmy, towarzyszył nam zgiełk z ulicy, ale dało się z tym żyć. Do czasu.

Rok później sąsiedzi z lewa zaczęli remont swojego mieszkania. Remont w tym przypadku to eufemizm, bo Chińczycy wjeżdżają z młotami udarowymi i rozpieprzają całe wnętrze włącznie ze ścianami, oknami i kafelkami. Od tego momentu każdy nasz dzień zaczynał się pobudką o 7 rano wraz z pierwszym uderzeniem w naszą ścianę. Z obawy przed kontuzją, spaliśmy w poprzek łóżka, bo zdarzało się, że ramki ze zdjęciami spadały z półek centymetry od naszych głów. Zagryźliśmy zęby i czekaliśmy aż skończy się to piekło. Aż wreszcie znów było pięknie, ale…

Po paru miesiącach sąsiad z prawa wpadł na ten sam pomysł. I znów młoty od 7 nad ranem, znów szuranie, wiercenie i zgrzyt zębów. Parę miesięcy ciszy i sąsiad z dołu urządził nam tę samą akcję. Ok, przeczekaliśmy, bo gorzej przecież już być nie może.

A jednak. Na koniec dostaliśmy bombę w postaci budowy parkingu podziemnego, która wybuchła tuż za naszym oknem. Być może część z Was nie wie jak się buduje parkingi podziemne, więc na wszelki wypadek wyjaśnię. Potrzebujecie tysiące koparek, które ryją ziemię i setki warczących ciężarówek, które ją wywożą oraz tuzin kafarów bijących w skałę tak długo aż ta wreszcie skapituluje.

Mija już pół roku odkąd nieustannie towarzyszy nam jazgot tej budowy. Nieustannie, bo pracowici Chińczycy pastwią się nad nami 24 godziny na dobę. Przerwali tylko raz.

— Słyszysz!? — obudziła mnie Maria.
— Nie — odparłem, ale po chwili zrozumiałem co ma na myśli — Cisza — wyszeptałem. Było to pierwszego dnia Chińskiego Nowego Roku, kiedy wszyscy wyjechali na wioski, a nam podarowali święty spokój.

3. Nażreć się — to moje hobby

Życie w Chinach - jedzenie

Ja też myślałem, że chińskie tradycje kulinarne oznaczają coś zupełnie innego. Banery w Shenzhen.

Po czterech latach mam wrażenie, że jedyna rzecz, która tak naprawdę kręci Chińczyków poza pieniędzmi to żarcie. Tylko tutaj wesele sprowadza się do jednego wielkiego obżarstwa, a ludzie podróżują tylko po to, żeby napchać się czymś nowym. Nawet kiedy mówią: „Cześć, czy już jadłeś?” to mają na myśli: „Część, co słychać?”. Jedzenie to dla nich religia i sens życia.

Co gorsza, ta choroba przenosi się również na obcokrajowców, którzy żyją w Chinach.

W rezultacie całe moje życie towarzyskie zaczęło się kręcić wokół odwiedzin nowych i genialnych knajp. Jakby maczanie wołowiny w hot-pocie było najlepszym sposobem na spędzenie wolnego czasu na jaki nas w Chinach stać!

Chińczycy mają wymówkę. Usprawiedliwiają swoje obżarstwo i fascynację jedzeniem głodem, jaki cierpieli ich przodkowie. Dziwna to filozofia rewanżu za krzywdy poniesione dawno temu przez kogoś innego, ale niech im będzie. Jaką jednak mają wymówkę żyjący w Chinach laowai’e? Moim zdaniem Chiny na dłuższą metę, nie mają im nic więcej do zaoferowania poza wymyślnym żarciem.

4. Chiny tanie jak barszcz?

Życie w Chinach - koszta

I dwie dyszki już poszły. Xiamen.

Jeszcze parę lat temu jednym z głównych powodów, dla których mieszkanie w Chinach miało dla mnie sens, był aspekt finansowy. Koszty życia były niższe niż w Polsce, a standard życia porównywalny. Teraz Eldorado już się skończyło i wygląda na to, że już nie wróci.

W naszym wypadku wydajemy jakieś 7000 CNY miesięcznie, a żyjemy raczej skromnie. Jeżeli za te same pieniądze możemy żyć kraju, który jest bardziej do rany przyłóż, to dlaczego mielibyśmy się trzymać Chin? (Kraje o których mowa, opisałem w mojej topliście państw dla freelancerów.)

5. Chińska barykada językowa

Życie w Chinach - bariera językowa

Tylko w tańcu język nie stanowi żadnej przeszkody. Impreza w Hangzhou.

Przestałem się uczyć chińskiego. Poddałem się po dwóch latach. Wpierw myślałem, że jak będę mieszkał w Chinach to nauka przyjdzie sama, a potem, że uda mi się wcisnąć lekcje gdzieś między śniadaniem a podwieczorkiem. Pomyliłem się dwukrotnie.

W efekcie kolejne dwa lata przeżyłem w Chinach ze survivalową znajomością języka chińskiego. W sam raz, żeby dojechać gdzie trzeba, wytargować ile trzeba i najeść się jak trzeba.

Jednak po jakimś czasie dotarło do mnie, że brak płynnej znajomości języka w Chinach to wyrok na typowe, przeciętne ekspackie życie: jedzenie, picie w knajpach i barach, czasami jakiś koncert i w przypływie finezji — wypad za miasto. Brzmi ok. Brzmi jak normalne życie. Ale czy właśnie dla normalnego życia wyjechałem do Chin?

Prawda jest taka, że rzeczy dzieją się głównie w Szanghaju i Pekinie. Trochę mniej dzieje się w Guangzhou i Shenzhen). W reszcie chińskich miast jakby nie działo się nic, bo dzieje się wyłącznie po chińsku. Wszelkie wystawy, pokazy, panele dyskusyjne, festiwale, występy teatralne, grupy zainteresowań, kluby, kino… to wszystko było i jest dla mnie niedostępne z powodu języka.

Ciężko winić Chińczyków za to, że mówią po chińsku we własnym kraju. Problem polega na złożoności tego języka. Każdy, kto przebrnął przez podstawy staje przed takim dylematem: Czy naprawdę warto poświęcić parę lat swojego życia na naukę chińskiego?

W moim przypadku odpowiedź brzmiała: nie. (Jak dobiję do emerytury, to może zmienię zdanie.)

6. Dziesięć pytań do laowai’a

Życie w Chinach - nuda

Tyle w kwestii mojego fascynującego życia w Chinach.

Jednym z powodów, dla których moja nauka chińskiego nie posuwała się do przodu, było zjawisko deja vu.

Każda rozmowa z nowo poznanym Chińczykiem przebiega wg tego samego schematu. Jakby ktoś im rozdał scenariusz z dziesięcioma pytaniami, które muszą zadać obcokrajowcowi. Jak tylko wyczerpią się te pytania, to konwersacja umiera, bo Chińczyk zaspokoił swoją ciekawość. Poznał mój kraj pochodzenia, wiek, zawód i najważniejsze — ile zarabiam (w przypadku kobiet pada pytanie o stan cywilny) — czego mu więcej trzeba do szczęścia? To jedna kategoria rozmówców w Chinach. Obejmują jakieś 70% populacji.

Druga kategoria to ludzie namolni i merkantylni, którzy marzą o „przyjaźni” z obcokrajowcem, bo to się im opłaca. Stanową jakieś 20% populacji. Wszyscy próbują znaleźć białego naiwniaka, żeby:

  • Podszkolić za darmo swój angielski,
  • Poszpanować przed dziewczyną, rodzicami i kumplami,
  • Sprzedać jakiś „genialny” biznes albo „genialny” produkt,
  • Zdobyć kolejnego Pokemona do kolekcji zwanej guanxi.

Rezultat? Po jakimś czasie rozmowy z Chińczykami stały się dla mnie tak nudne i jałowe, że automatycznie zacząłem ich unikać. Życie jest na to zbyt krótkie.

7. Jest internet? A kiedy wróci?

Życie w Chinach - internet

Halo, to co z tym internetem?

Napisałem już elaborat o chińskim internecie, więc nie będę się tu powtarzał. Problem pozostaje ten sam — Wielki Chiński Firewall, który cenzuruje i spowalnia chińską sieć. Nie chcę nawet myśleć ile godzin (a raczej dni) mojego życia upłynęło na zaklinaniu internetu: by wrócił pod moją strzechę, by przyspieszył, by przelew bankowy się zapisał, by móc odczytać ważną wiadomość na Facebooku itd.

Pal sześć cenzurę, bo jako obcokrajowiec jej praktycznie nie odczuwam. Odczuwam za to stabilność i szybkość (wolność?) internetu. Dla kogoś, kto tak jak ja, pracuje zdalnie, Chiny są jednym z najgorszych z możliwych miejsc. Stąd pracują tylko zatwardziali masochiści.

8. 10,000 zdechłych świń

Życie w Chinach - środowisko

Dla niezorientowanych — to rzeka. Miejsce utylizacji padłych świń i innego trefnego towaru. No i źródło wody pitnej dla miasta.

To był piękny poranek w Szanghaju. Zbudziłem się pełen energii, zrobiłem śniadanie i otworzyłem wiadomości. Tak dowiedziałem się, że w Huangpu, rzece, która przecina miasto, znaleziono 10 000 zdechłych świń. Słownie: dziesięć tysięcy!

Zacząłem wyobrażać sobie skalę tego przedsięwzięcia. Mając do dyspozycji jedną ciężarówkę, musiałbym machnąć jakieś 200 kursów z martwym wieprzem na trasie farma—rzeka. Nieźle!

Po pewnym czasie takie newsy przestały robić na mnie wrażenie. Woda jest zatruta? Ok, będziemy pić butelkowaną. Za oknem smog, że nie widać sąsiedniego wieżowca? Ok, zostajemy w domu. Ryby pływają do gry brzuchem w naszym ulubionym parku? Ok, może przeniesiemy sobotni piknik gdzieś indziej. I tak dalej.

Coś jest na rzeczy, jeżeli przez trzy lata mieszkania na wyspie z całkiem ładnym wybrzeżem i plażami, nigdy nie odważyłem się wejść do morza. Prawdę mówiąc, to wzdrygam się na samą myśl o tym.

To wszystko skutki skrajnego zanieczyszczenia środowiska w Chinach. Życie tutaj jest równie zdrowe jak praca przy utylizacji paliwa jądrowego. Nawet jeżeli teraz nie odczuwam żadnych negatywnych skutków, to nie jest powiedziane, że mnie one ominą w przyszłości.

Na koniec dość megapolis, z których trzeba jechać sześć godzin, żeby dotrzeć do czegoś, co przypomina dziką przyrodę. Tylko przypomina, bo wszystko, co można na wschodzie Chin zobaczyć, to parki rzeźbione ludzką ręką z betonowymi ścieżkami, knajpami i hotelami.

9. Chińska twarz

Życie w Chinach - chińska twarz

Chińska twarz. Spróbuj coś z niej wyczytać.

Chińska twarz to w skrócie to, jak Chińczyka widzą ich inni. To jego reputacja i duma, z której bierze się jego samoocena.

A ja tej chińskiej twarzy strawić nie mogę. Zbyt silnie cenię sobie ludzi prostolinijnych i „łatwych w obsłudze”.

Z powodu chińskiej twarzy nawet takie proste sprawy jak pytanie o drogę urastają w Chinach do rangi problemu. Co się dzieje kiedy pytam przechodnia o drogę? Myśli, stęka, szuka czegoś w telefonie, w końcu odpowiada: „Prosto, potem w lewo”. Myślę wtedy, czy mogę mu ufać, czy też nie. Może powiedział mi cokolwiek na odczepne, żeby nie stracić przede mną twarzy? Bo przecież to taki straszny wstyd nie wiedzieć! A jeszcze straszniejszy się do tego przyznać.

W skrócie chińska twarz to dla mnie:

  • Masa straconego czasu na deszyfrowanie prawdziwych intencji,
  • Gra pozorów, w której nie jesteś poznać prawdziwego oblicza nawet swoich przyjaciół,
  • Szpanowanie, szastanie pieniędzmi wyłącznie po to, żeby podkreślić swój status.

Nawet sami Chińczycy przyznają, że życie byłoby znacznie prostsze, jeżeli wszyscy mówiliby, to co faktycznie myślą, a nie to, czego się od nich oczekuje. Teraz sobie jednak myślę, że może przyznali tak, bo tak wypadało w rozmowie ze mną. Cholera ich wie.

10. Chińskie standardy pracy

Życie w Chinach - praca

Ekscytująca kariera w młodym, dynamicznym zespole?

Życie w Chinach to często praca w Chinach. A praca w Chinach to rollercoaster dla ludzi o mocnych nerwach. Kto może, niech unika. W skrócie:

  • Długie godziny pracy i pracy po pracy (w stylu imprezy z szefem),
  • Parę nędznych dni urlopu dokładnie wtedy, kiedy aktywują się mordercze tłumy (patrz wyżej),
  • Frustrująco niska wydajność w stylu krok do przodu, dwa do tyłu,
  • Hierarchia jak w Egipcie za faraona,
  • Zarządzanie to synonim trzaskania batem na prawo i lewo, żeby ludzie w ogóle pracowali,
  • Planowanie to słowo, które nie istnieje w chińskim słowniku,
  • Kopiowanie to szczyt kreatywności.

Tak wygląda „normalna” praca w zawodzie. O nienormalnych fuchach w Chinach pisałem jakiś czas temu.

Znalezienie normalnej pracy to sukces sam w sobie, bo najczęściej ludzie kończą na etacie białej małpy, która biega z szefem na spotkania biznesowe, udaje, że robi coś ważnego, a naprawdę tylko pije z kim trzeba i śmieje się z głupich żartów. Biała małpa daje +5 do ego Chińczyka podobnie jak i żółte Ferrari (ok, bądźmy realistyczni, Ferrari daje +10 do lansu).

11. Laowai na z góry straconej pozycji

Życie w Chinach - konkurencja

Gotów spróbować swoich sił w Chinach? Zawody smoczych łodzi w Xiamen.

Nie ma takiego wannabe biznesmena na świecie, który nie marzyłby o podbiciu chińskiego rynku. Oni wszyscy wiedzą, że to dzisiejszy „dziki zachód”, gdzie z dnia na dzień powstają fortuny. Ja też tak kiedyś myślałem.

Problem polega na tym, że nikt nie mówi o straconych fortunach i porażkach. Wiele firm, które weszło z powodzeniem na chiński rynek, po paru latach prosperity, ostatecznie przegrywa z lokalną konkurencją. Schemat tego systemu jest prosty i opisałem go we wpisie jak bogacą się Chińczycy.

W przypadku małych biznesów ryzyko porażki jest ogromne, bo sprowadza się do jednego czynnika — Chińczyka, któremu trzeba zaufać. Ten, kto żył kiedyś w Chinach wie, że to oksymoron.

Realnie mało który obcokrajowiec jest w stanie samodzielnie prowadzić biznes w Chinach. Prędzej czy później staje przed problemem typu: albo uzyskam licencję X poprzez chińskiego słupa albo nie uzyskam jej wcale. W rezultacie obcokrajowiec oddaje część kontroli nad firmą swojemu zaufanemu Chińczykowi. Najczęściej to dobry przyjaciel, dziewczyna, czy nawet żona (poczytaj o Szangaj Girls ku przestrodze). To początek końca biznesu obcokrajowca z Chinach, bo gdy w grę wchodzą pieniądze, żadne uczucia już nic nie znaczą.

Dlatego nigdy nie skorzystałem z tego potencjału, jaki dają Chiny. Zbyt dużo ryzyka, zbyt dużo nerwów. To nie moja bajka.

12. Totalne zero empatii

Życie w Chinach - empatia

Spójrz synku jak statek pięknie tonie. Plaża w Chongwu.

Dla zdecydowanej większości Chińczyków pieniądze są wszystkim. To żaden mit. To chińska rzeczywistość.

W Chinach jedyną świętością są rodzice i przodkowie. Żaden szanujący się Chińczyk nie zostawiłby swoich rodziców w potrzebie, ale co ciekawe, w drugą stronę to już nie działa.

Jeżeli trzeba, Chińczyk jest w stanie sprzedać własne dziecko. I zawsze się znajdą tacy, którzy to dziecko kupią.

Chińczyk, który potrącił pieszego, upewni się, że ten nie żyje. Dlaczego? Bo trup mniej kosztuje. Wystarczy raz zapłacić odszkodowanie rodzinie, a nie utrzymywać obcego kalekę do końca życia.

Zagrożone gatunki? One wszystkie mają w Chinach swoją cenę.

Przyjaźń? Przyjaźń w Chinach to kontrakt polegający na wymianie przysług. Tak długo jak się ta wymiana opłaca, tak długo przyjaźń ma rację bytu. Małżeństwa wyglądają podobnie. To czysty biznes.

Moim zdaniem to właśnie z braku empatii wyrosła potrzeba posiadania guanxi, sieci kontaktów, którą skrupulatnie wiją Chińczycy przez całe swoje życie. Bez guanxi byliby bezbronni, bo tu nikt nie pomaga bezinteresownie drugiemu w potrzebie.

To betonowa dżungla, w której nie mam zamiaru dłużej żyć.

Gotów na życie w Chinach?

I co? Macie jeszcze po tym wszystkim ochotę na swoją chińską przygodę?

Wyzwanie dla odważnych — bilety do Chin
I China

A za tydzień druga strona medalu — za co uwielbiam Chiny. Sam jestem ciekaw, czy lista będzie równie długa ;D

Autor
Artur

Zamiast biurowców szklanych, mieszkania na kredyt i wersalki z Ikei wybrałem podróż w nieznane. Tak trafiłem do Chin. Po prostu spaliłem mapy i poszedłem przed siebie. Czasami wiatr smaga po oczach, przynajmniej czuję, że żyję.

Czytaj dalej ›

Czytaj dalej
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarze
  • keeeper
    7 mies. temu

    1. Dokladnie tak jak piszesz – tlumy sa wszedzie. Mam wrazenie, ze Chinczycy sa zdolni do wszystkiego, byleby tylko robic to w kupie, a najlepiej synchronicznie.
    Taniec w parze? Bez sensu! Ale juz banda kobiet krecacych sie w kolko na placu jest jak najbardziej zrozumiala. Jedzenie samemu? Dziwne! Wpierdaldnie
    stadnie? Good fun! Great mianzi! Potrafi byc upierdliwe, ale glownie na poczatku – potem zrozumialem ten sposob myslenia i nauczylem sie unikac
    tlumogennych miejsc.

    2. Kiedy moja dziewczyna pojechala ze mna w Bieszczady do domu dziwila sie, ze nikt nic nie buduje. Odparlem, ze nie ma potrzeby bo tu sie stawia domy
    zeby staly i 100 lat, a nie do wymiany po 20 jak w Chinach. Tam faktycznie budowle sa na kazdym kroku i tez mialem takie poranki, ze budzil mnie mlot
    pneumatyczny o 7 rano. To jednak wg mnie kwestia szczescia/pecha – osobiscie od pazdziernika mieszkam w Hangzhou i jeszcze na halas budowy nie narzekalem.
    (inna sprawa to, ze podstawowka jest naprzeciwko i dzieciaki lubia sobie powrzeszczec, ale przy zamknietych oknach nie ma problemu).

    3. O tak, zarcie to glowna religia Chinczykow i podstawowe hobby. Szczegolnie to irytuje jesli chce sie zrzucic wage, albo tak jak ja – konsumowac
    samemu ogladajac jakis serial – tutaj nawet jak ktos oglada film w restauracji to na przeciwko niego sieci jakis kumpel i tez wpatruje sie w telefon.

    4. Pewne rzeczy sa tanie, inne drogie. Do tych drugich z pewnoscia nalezy mieszkanie – za rownowartosc 2500zl/mies mozna w moim miescie miec jako takie 50m2
    w centrum (a to wcale nie najdrozdza dzielnica). Podobnie z importowana zywnoscia i nabialem. Ale za to chcialbym miec tak szybkie i tanie pociagi w Polsce,
    chcialbym miec tanie restauracyjki na kazdej ulicy. Chcialbym miec Taobao z tania elektronika, gdzie mozna kupic praktycznie wszystko, czesto
    w pierwszej kolejnosci przed reszta swiata.

    5. Jezyk jest ciezki i nie zachecajacy do nauki – tez myslalem, ze bedzie wchodzil sam z siebie tak jak np. bylo u mnie z hiszpanskim albo rosyjskim,
    ale to jednak calkiem inna broszka. Trzeba sie porzadnie wziasc do nauki, ale motywacja szybko przechodzi kiedy widzimy ten brak logiki (prostota alfabetu
    kontra chinskie szlaczki, kultywowane tylko z powodu tradycji, bo napewno nie przez wygode).Wietnamczycy mieli racje, ze przeszli na pinyin.

    6. Najbardzije wnerwia jak ide przez miasto (szczegolnie jakies mniejsze) i co krok slysze Hello! – bo to jedyne co potrafia powiedziec. Nie wiem po co
    to robia, ze niby udac przed znajomym, ze spikaja po angielsku, albo ze mnie znaja? Bo na konwersacje nie ma co liczyc. Polecam spacer po miescie
    w sluchawkach.

    7. Rozwiazaniem jest dobry VPN ale mimo wszystko to bardziej ominiecie problemu. Bardziej mnie irytuja stawki za internet mobilny, w porownaniu
    z Polska to wydaje sie jakby w Chinach zatrzymali sie w rozwoju 10 lat temu. Jak ci dadza w umowie (100rmb/mies) 2GB to juz to jest wielka szczodrosc.
    W polskim Play 2GB kosztuje pewnie z 10zl, a potem i tak jest lejek, zamiast doplaty. Drugi minus za korzystanie z innych czestotliwosci – ciezko
    zlapac predkosc LTE korzystajac z europejskiej wersji telefonu.

    8. Bez komentarza na temat swin, za to przyznam, ze Chinczycy sa dosc ochydni pod wzgledem higieny. Glosne plucie po chodnikach/supermarketach
    to cheb powszedni. Kiedy widze takie zachowanie to mowie sobie pod nosem „Czlowiek-swinia zaatakowal ponownie”. Tak samo z wyrzucaniem smieci przez
    okno samochodu.

    9. Twarz jest bardzo wazna i wszystko sie obraca wokol niej. Szczegolnie dotkliwe jest to dla mojego portfela kiedy odwiedzam rodzine mojej dziewczyny
    i trzeba sie wczesniej zaopatrzyc w prezenty – najlepiej cos drogiego azeby nie wyjsc na biedaka.

    10. Standardy pracy to jeszcze bajka bo robote kazdy wybiera sobie sam i ma to na co sobie zapracowal studiami. Oczywiste, ze w fabryce pracuje sie
    dluzej i ciezej, niz np. w kancelarii prawnej (inna sprawa, ze rzadko slysze aby tu czy tam szefowie chetnie placili za nadgodziny). Gorsze sa
    standardy nauczania – szkola zabiera dziecku caly dzien i ksztaltuje wszystkich tak samo bez szansy na rozwiniecie wlasnych hobby czy ukrytych talentow.
    Ty uciekasz z Chin juz teraz, ja spiernicze jak dorobie sie dziecka, ktore bedzie musialo pojsc do chinskiej szkoly.

    11. A tu sie niezgodze – owszem, zakladanie swojego biznesu moze byc trudne, ale jako bialy laowai z Europy z gory stoisz na uprzywilejowanej pozycji –
    mozesz otrzymac dobra prace tylko za swoj wyglad i pochodzenie, podczas gdy lokalna konkurencja musi polegac tylko na swoich umiejetnosciach i farcie.
    Jak tylko uda cie sie dostac wize pracownicza to jestes gosc i juz nie musisz martwic sie o prace.

    12. Jedyne co zuwazylem w temacie to ze bardzo niski odsetek Chinczykow rzuca cos zebrakom na ulicy. Nie zebym samemu byl rozrzutnym, ale od razu widac, ze
    biedni ciaga w strone laowaia jak do magnesu – widocznie wiedza, ze na swoich nie ma co liczyc.

    • Artur
      7 mies. temu

      11. Zgadza się. Etykieta „białasa” to obusieczny miecz. Wiele rzeczy upraszcza, ale inne są nie do przeskoczenia np. spróbuj założyć własną stronę internetową na chińskim serwerze albo nawet oficjalną stronę na wechatie. Potrzebujesz Chińczyka. Jako, że on ryzykuje swoim imieniem, będzie oczekiwał sowitej zapłaty i kontroli nad Twoim interesem za bycie zwykłym słupem. Ma to wszystko sens z punktu widzenia narodowego interesu Chińczyków. Z mojego punktu widzenia jako potencjalnego przedsiębiorcy, Chiny są zbyt ryzykowne. Ruletka.

      12. Nigdy Cię nie wyrolowali? Farciarz :)

      Ja widziałem dwa razy mdlejącą kobietę. Raz zza szyby autobusu. Szła po ulicy i nagle upadła. Ludzie gapili się na nią, ale nikt nie podszedł jej pomóc przynajmniej przez parę minut dopóki nie zniknęła za horyzontem. Drugi raz dziewczyna zemdlała autobusie, którym jechałem. Skuliła się na schodach prowadzących do wyjścia i nikt nie rzucił się by jej pomóc, ustąpić miejsca czy coś takiego.

      Zdarza się natomiast często, że ludzie ustępują miejsca starszym w autobusie. Dlaczego? Bo im to wbijano do głowy od dziecka, że powinni. Nie dlatego, że starsi czują zmęcznie i trudniej im stać w pędzącym autobusie. Oni nie myślą tymi kategoriami. Nie potrafią się wczuć w innego człowieka.

      Próbowałeś zapytać Chińczyka o rekomendację? Czy jakakolwiek miała sens? Znów przyczyna brzmi w empatii.

  • keeeper
    7 mies. temu

    A i bylbym zapomnial – numer 13 bijacy na glowe wszystkie wymienione wczesniej razem wziete:

    13. Mama isie.

    Kto byl w chinskim supermarkecie ten zrozumie. Od tego nie mozna uciec!

    • Emilia
      7 mies. temu

      Usmialam sie :))) Fakt!

    • Artur
      7 mies. temu

      Na początku nie załapałem o co chodzi, ale zaraz odezwał się ten dźwięk zarejestrowany w podświadomości ;D BTW dzięki za taki obszerny komentarz!

  • Ernest
    7 mies. temu

    Jako zapalony podróżnik chciałbym odwiedzić Chiny. Coś niezwykłego, że życie w Europie tak bardzo różni się od tego w Chinach, czy obu Koreach. Smutne, że ludzie wykorzystywani są do pracy. Niestety wpływu na to nie mamy. Czytałem z zaciekawieniem. Pozdrawiam :)

  • Bardzo, bardzo ciekawe podsumowanie. Chiny jeszcze przede mną, więc ciężko mi się odnieść. Czekam jednak na te pozytywy ;)

  • Marek
    7 mies. temu

    Byłem kilka razy w Chinach i mam w 100% takie same odczucia jak ty.Ten kraj to trudny temat, bardzo. Wszystko co opisałeś kłuje w oczy ale najbardziej zniszczone środowisko. I te schody w górach zamiast normalnej ścieżki. Z betonowymi poręczami. Na widok moich gabarytów każdy Chińczyk śmieje się do rozpuku i idzie pograć w piłkę , nie zapomniawszy założyć maseczkę bo smog jest taki , że nie wiadomo czy to dzień czy noc.
    Fajnie się czyta, pozdrawiam
    bm
    ………………………………………………………
    https://bigmarkk.wordpress.com/

  • baixiaotai
    7 mies. temu

    1. Albo można iść w miejsce, które nie jest „atrakcją turystyczną” i mieć ciszę i zieleń oraz zupełny brak Chińczyków :)
    2. Albo można mieszkać w miejscu, w którym nie jest głośno, na przykład koło jakiegoś parku, najlepiej przy chronionym przez rząd osiedlu, którego się prędko nie zburzy. No i z sąsiadami, którzy tam mieszkają, a nie wynajmują.
    3. Też lubię jeść, więc się pod tym względem z Chińczykami dobrze dogaduję. Nie znaczy to jednak, że nie mam innych zainteresowań i sposobów spędzania czasu…
    4. Za 7000 yuanów można w Kunmingu żyć bardzo, bardzo dobrze, w dużym, ładnym mieszkaniu i tak, żeby nic nie brakowało. Chce się tanio żyć, nie żyje się w wielkich miastach…
    5. Prawda. Nie chciałabym tu żyć nie znając języka. Całe szczęście znam :)
    6. Kwestia szczęścia do ludzi. No i – znajomości języka. Tak samo jak wszędzie. Ja na przykład ani w Hiszpanii, ani w Wietnamie nie dorobiłam się żadnych miłych znajomości, bo niestety nie władałam lokalnym językiem.
    7,8,10. Prawda.
    9. Kwestia szczęścia, regionu i – oczywiście – znajomości języka plus kodów kulturowych.
    11, 12. „Chińczyka, któremu trzeba zaufać. Ten, kto żył kiedyś w Chinach wie, że to oksymoron.” – bardzo Ci musieli dopiec ci Chińczycy, co? Fajnie się tak powyżywać na blogu, ale jednak za porażki w kontaktach interpersonalnych są bardzo często odpowiedzialne obie strony. Ja na brak godnych zaufania Chińczyków nie narzekam, od męża poczynając :)
    Chiny ogólnie są mało przyjazne dla nieznających języka, to prawda. Ale przede wszystkim – są nieprzyjazne dla ludzi, którzy ich nie lubią ;)

    • Artur
      7 mies. temu

      Ok, Biały Wichrze, to czemu miał służyć Twój protekcjonalny ton?

      1. Myślisz, że nie zadałem sobie tego trudu? Wytłumacz mi proszę co dziś nie jest „atrakcją turystyczną” w Chinach? Każdy losowy park przeżywa oblężenie w weekend.

      2. Biorąc pod uwagę tempo zmian w Chinach, chyba nie ma takiego miejsca, które pozostałoby nietknięte w przeciągu 2-3 lat. Poza tym ciche miejsce ma jedną podstawową wadę — jest daleko. Daleko od centrum, daleko od pracy, daleko od uniwersytetu itd. Jeżeli wycieczka w jedną stronę kosztuje mnie 1,5h mojego życia, to nagle hałas nie wydaje się takim wielkim problemem.

      3. Gratulacje!

      4. Jakby Kunming był małym, zacisznym, prowincjonalnym miastem :) Owszem, można żyć w Chinach tanio, ale znów — są inne, ukryte koszta. Czy Kunming oferuje takie same możliwości rozwoju, zarobków itp. jak Szanghaj?

      5. Nie umniejszając Twojego wysiłku włożonego w naukę, masz błogosławieństwo w postaci męża Chińczyka. Nie każdy ma takie szczęście. Mnie niestety żaden do ołtarza nie zaprosił.

      6. Zupełnie się nie zgodzę. Język — owszem, pomaga, ale nie jest warunkiem koniecznym. Odwiedziłem parę azjatyckich krajów i nie było chyba takiego, z którego nie wywiózłbym choć jednej interesującej znajomości. Biorąc pod uwagę jak krótkie były to pobyty, musi być to cud, bo w Chinach po 4 latach utrzymuję kontakt jedynie z paroma rodowitymi Chińczykami. Klasa średnia z dużych miast 30-40 lat. Jaki to procent populacji? W Polsce nawet sprzedawczyni na targu może być interesującym rozmówcą. A w Chinach?

      9. Znajomość, znajomością — z ręką na sercu — nie męczy Cię to?

      11-12. Nie sądzę, żeby cudze kłamstwo i oszustwo podpadało pod kategorię „porażek personalnych”. Tym bardziej nie rozumiem Twojego oskarżenia jakoby ja byłbym winny za cudze krętactwa. Hm… może winny naiwnością?

      Twoja sytuacja jest wyjątkowa, bo mieszkasz z Chińczykiem pod jednym dachem. Nic dziwnego, że masz mnóstwo znajomych Chińczyków. Też bym miał. To oczywiste. Spójrz jednak szerzej, bo patrząc przez pryzmat wyłącznie swoich doświadczeń, mam wrażenie, że traktujesz całą resztę obcokrajowców w Chinach jak ignorantów.

      Chiny ogólnie są mało przyjazne dla nieznających języka, to prawda. Ale przede wszystkim – są nieprzyjazne dla ludzi, którzy ich nie lubią ;)

      Jeżeli bym Chin nie lubił, to po co siedziałbym tu aż 4 lata? To dopiero musiałbym być głupcem!

  • Ze względu na to, że nie za bardzo lubię tłumy, Chiny nigdy nie znalazły się na mojej liście miejsc do odwiedzenia. Jasne – „na chwilę”, by trochę pozwiedzać. Ale, tak jak zawsze marzyłam o mieszkaniu za granicą, tak chiński tłok już na odległość mnie przytłacza ;)

  • Seb
    7 mies. temu

    A na co tu liczyłeś? Na Norwegię? Tanie żarcie, podróże za pół darmo i leżenie w pracy za dobrą pensję? Nigdzie ma nic za darmo. Mała część prawdy w tym co piszesz. Jesteś cienki jak rajstopa. Mam nadzieję, że już pojechałeś. Jednego losera mniej.

    • PAndy
      7 mies. temu

      Seb. Jesteś malkontentem i hejterem. Autor nie pisał, że liczył na darmowe żarcie w Chinach. Wyliczył tylko powody, dla których opuszcza ten kraj. Nie ma miejsca na ziemi, które jest dobre dla wszystkich. Podaj argumenty, dlaczego autor jest „cienki” a nie wymyśjaj mo od „losera”, które to słowo pisze się przez „oo” (żeby można było przeczytać je jak polskie „uu”). I nie wiem czy śmiać się czy płakać.

      • Angela
        7 mies. temu

        PAndy, co do pisowni tego wyrazu – Seb ma rację, pisze się „loser”. Sprawdź proszę, zanim wytkniesz błąd. Co do reszty – no cóż, po roku mieszkania w Chinach stwierdzam, że jest to trudny kraj i zgadzam się, że nie ma miejsca dobrego dla wszystkich.

  • Gated
    7 mies. temu

    Jak to czytałem przypomnialy mi się „Polaków portrety wlasne” często skrobane przez inteligentow zniesmaczonych ogolnyn pospolstwem (np. motyw Polaka nad Baltykiem).

  • baixiaotai
    7 mies. temu

    Nie protekcjonalny! Tak jak Ty oceniasz Chiny przez pryzmat swoich doświadczeń, tak ja przez pryzmat swoich. Ani Cię nie namawiam do dania Chinom drugiej szansy, ani nie twierdzę, że się mylisz. Ale dla ludzi, którzy tu zajrzą, chętnie zostawiam alternatywną wersję chińskiej rzeczywistości. Bo tak – są piękne, zielone miejsca bez biletów i tłumów – ale trzeba wyjść poza standard przewodników. Owszem, mąż Chińczyk ułatwia życie na wielu poziomach, ale – hello! – on się skądś wziął! Nie dostałam go w pakiecie. Po prostu wśród znajomych i znajomych-znajomych-znajomych trafiła się taka sztuka, która spełniła moje wszystkie wygórowane wymagania, których nie spełniał żaden Polak ;) Tu też poznałam trochę bardzo sympatycznych i interesujących sprzedawczyń, na targach i w sklepach. Jeśli zaś chodzi o twarz i o oszustwa – to już mnie to nie męczy, bo widzę je na wylot albo zgaduję (zazwyczaj słusznie). Na początku było inaczej, ale gdy już chiński sposób bycia jest dla mnie zwykły i dość oczywisty, to nie tracę nerwów, tylko idę dalej. Po drodze spotykając całkiem sporo takich Chińczyków, którzy są uczciwi i dla których guanxi nie są jedynym celem istnienia. Oczywiście, że nie jesteś winny, że ktoś Cię oszukał. Ale… pamiętam, jak znajomy Chińczyk skarżył mi się, że Polacy to oszuści, bo co poszedł na targ czy w inne miejsce, gdzie ceny były nienapisane, to zawsze płacił za dużo. Czy to znaczy, że wszyscy Polacy to krętacze? Nie. Znajomość języka i realiów zawsze ratuje Obcego.

    • Artur
      7 mies. temu

      Jeżeli będziesz miała ochotę, to zapraszam do przeczytania drugiej części — o jasnej stronie Chin. Myślę, że znajdziesz tam coś dla siebie. Już niebawem. Pozdrawiam! :)

  • Paulina
    2 tyg. temu

    Po 4 latach w Tianjinie i Pekinie mam identyczne odczucia. Nie tęsknię, ale też nie żałuję spędzonego tam czasu.

  • newt
    2 tyg. temu

    Ehh a ja mieszkam w Polsce na wsi – i jest elegancko. Cisza, spokój i przestrzeń o jakiej mogę pomarzyć. Pracuję w 3-5 dni w tygodniu mieście o niecałą godzinę drogi. Dorabiam w sadownictwie. Mam duży dom, dość sporo oszczędności, zero kredytu itp. Ludzie pukali się w głowę jak wyprowadzałem się z 250 tys miasta na wieś, zamiast tak jak oni do Warszawy. Teraz ilekroć się z nimi widzę – marudzą, że kredyt, że w mieście to drogo, że na zerze będą dopiero jak spłacą kredyt, czyli za 20-30 lat :D że oni płacą dużo za ogrzewane, a ja płacę 1/3 ceny opału bo tak się na wsiach płaci za drzewo z lasu ;D do małego miasteczka mam niecałe 10 km i tam wbrew pozorom coś się dzieje – są pokazy kinowe, mam tam znajomych, jeździmy motorami, na rolkach, na rowerach, na ryby, szachy, nawet spotkanie komputerowe się zdarzają. Polska jest piękna :D
    Jeżeli jechałeś do Chin i spodziewałeś się idylli bez tłumu chinoli, smrodu i hałasu no to gratulacje :D podobnie jest z Japonią. Tam obcokrajowiec to OBCYkrajowiec, niemalże wróg, szczególnie na początku. Japonia jest fajna dla turystów lub dla kogoś kto miał masę szczęścia żeby się tam zaaklimatyzować (i do tego ma fajną pracę i maaasę kasy bo inaczej to zapierdol i jeszcze więcej pracy)
    Kurcze jakiś ty naiwny… weź napisz, że to jakaś prowokacja ;D

  • newt
    2 tyg. temu

    I jeszcze komentarz do tej panny z góry która będzie chowała skośnookie dzieci. Mam jedną znajomą która mocno tego żałuje :D w jej przypadku była to Japonia i jednak wróciła bo nakryła Japońca z jego koleżanką, też z Dżapan. Oby u ciebie było inaczej