Misja specjalna: wymiana pieniędzy w Chinach

Po wizycie w banku
Misja specjalna: wymiana pieniędzy w Chinach

Po wejściu do banku informuję pracownika ochrony o zamiarze wymiany waluty. Słysząc w język Szekspira, mężczyzna struchlał. Gestem kazał mi czekać i postawił na nogi całe kierownictwo oddziału.

Biały Murzyn

Momentalnie skupiłem na sobie spojrzenia wszystkich klientów wewnątrz. Przeczesywały mnie spojrzenia ciekawe i podejrzliwe, z góry do dołu i z dołu do góry, wzdłuż i wspak jak reflektory strażników z więziennych wież. Na Zachodzie takie spojrzenia powszechnie uznawane są za bezczelne. Takie spojrzenia rzucone nieroztropnie na niewłaściwą osobę w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie zwykle spotykają się z reakcją obronną typu: „Czego się lampisz, w ryj byś nie chciał?” Nie chciałem polskich zwyczajów przenosić na obcy grunt, więc znosiłem cierpliwie całe to skanowanie, naśladując z pamięci znudzoną minę wielbłąda z moskiewskiego zoo.

Od tej chwili ćwiczyłem tę minę nieustannie, bo biały człowiek w tym kraju, liczącym ponad 1,3 mld ludzi nadal jest chodzącą egzotyką, zjawiskiem, któremu przygląda się z niekłamaną ciekawością, niekiedy rozbawieniem i widoczną konsternacją. Skąd on się tu wziął, ten laowai?—wszyscy zadają sobie to pytanie, a ja uśmiecham się na wspomnienie słów przyjaciela, którymi obdarzył mnie przed wyjazdem z Polski:

Zobaczysz! Teraz to ty będziesz ten Murzyn, ten obcy, ten, co go wszyscy wytykają palcami.

Popołudniowy relaks w banku

Wymiana pieniędzy w chińskim banku okazuje się ceremonią znacznie dłuższą i bogatszą niż tradycyjne parzenie herbaty. Na początku wręczono mi kilkustronicowy formularz po chińsku. Młoda pracownica banku łamaną angielszczyzną wydaje mi kolejne instrukcje. Pod płaszczem oficjalnego tonu nie udaje się jej ukryć zdenerwowania. Nienawykłe do nowej roli ręce biedaczki trzęsą się niemiłosiernie.

Tremę potęguje cień przełożonej, która wisi nad dziewczyną jak kat z podniesionym toporem. Wtrąca się co rusz, strofuje, koryguje, szarogęsi się za plecami podwładnej. Ta świadoma jest palących spojrzeń skupionych plecach siedzącego przed nią laowai-a. Czuje jak część z nich przedostaje się przez szybę i pada prosto na jej zroszone potem czoło. Ja tymczasem zastanawiam się po co ten cały spektakl? Dla tych marnych stu dolarów, które zmięte wyciągnąłem wstydliwie z portfela?

Procedury każą

Wypełniam posłusznie wszystkie pola formularza, przepisując dane z paszportu. Trzeba to robić własnoręcznie, mimo, że pracownik banku zrobiłby to dziesięciokrotnie szybciej, bo wie dokładnie co, i w jaką rubrykę wpisać. Mimo wszystko przechodzimy przez ten proces razem, ramię w ramię, dzielnie bazgrząc numery, adresy, kwoty, telefony, cele i przyczyny, by nakarmić tę biurokratyczną maszynę, która siedzi gdzieś w czeluściach tego, czy innego banku. Oddaję papiery.

Więcej procedur

Czekam na pieniądze cierpliwie, myśląc o pociągu do Pekinu, który nam zapewne ucieka w tym samym momencie. Przełożona lustruje moje dzieło. Oj, tu czegoś brakuje. Poprawiam. Kwaśny uśmiech Chinki zza szyby mówi mi, że to nie koniec. Dziewczyna dziarsko bierze się do roboty przepisując wszystko do komputera. Nie można było tego tak od razu? Młódka wali głośno w klawisze jakby chciała usankcjonować tym hałasem konieczność istnienia tej bezmyślnej procedury. Nagle przerwała. Kartkuje mój paszport. Przygląda się stronie tytułowej i znów kartkuje. Wraca do początku i wpatruje się w wypisane tam dane. I tak w kółko.

Zagrajmy w państwa-miasta

„Wpadłem jej w oko”—myślę. Oczu oderwać od mojego zdjęcia nie może. Dam jej szansę spojrzeć na moje prawdziwie oblicze, myślę i rzucam: „Czy mogę w czymś pomóc?” Zaprzecza. Po chwili jednak reflektuje się i nieśmiało zapytuje się, gdzie jest nazwa mojego ojczystego kraju. Wskazuję na odpowiednie miejsce w paszporcie. Mijają kolejne minuty. Dziewczyna nadal walczy z komputerem. Wezwała na pomoc przełożoną. Przełożona zawołała kierownika. Kierownik… nadkierownika. Naradzają się wszyscy pochyleni nad monitorem nieszczęsnej dziewczyny, której serce niemal wyskakuje z piersi.

Wreszcie pod naciskiem kierownika pyta raz jeszcze, wskazując na napis „Poland”:
—Czy to jest miasto?—zaprzeczam i wyjaśniam. Konsternacja. Wszyscy troje stoją struchlali przede mną. Wygląda na to, że groźba utraty twarzy jest poważna. Postanawiam ich ratować. Wyciągam notatnik, piszę nieporadnie z pamięci: 波兰 (Polska) i podsuwam dziewczynie pod nos. Uśmiech ulgi zagościł na twarzach pracowników. Załatwione.
—Jeszcze tylko podpis—dziewczyna promienieje ze szczęścia.
—Proszę—ja też promienieję z jej promienienia. Dostaję gotówkę z wizerunkiem samego (a jakże!) Mao Zedonga i opuszczam bank, decydując się od tej pory wypłacać pieniądze z bankomatu.

Autor
Artur

Zamiast biurowców szklanych, mieszkania na kredyt i wersalki z Ikei wybrałem podróż w nieznane. Tak trafiłem do Chin. Po prostu spaliłem mapy i poszedłem przed siebie. Czasami wiatr smaga po oczach, przynajmniej czuję, że żyję.

Czytaj dalej ›

Czytaj dalej
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarze
    • Artur
      Rok temu

      Sytuacja piękna, to i opis niezgorszy ;-) Dzięki za komentarz!

  • Juriusz
    Rok temu

    W drugą stronę (z RMB na USD) jest jakieś trzy razy trudniej, do tego limit 500 USD, inne dokumenty (których obsługa całkowicie nie zna), możliwość braku $ w banku… Ależ się cieszę, że mnie to znowu czeka!

    • Artur
      Rok temu

      Dokładnie. W dużych miastach ze sporym przepływem obckorajowców jest jeszcze w miarę (np. Szanghaj). Natomiast raz zdarzyło mi się wymieniać RMB -> USD w Urumqi. Parę godzin stracone na szukanie odpowiedniego banku z załogą, która potrafi taką procedurę przeprowadzić.